|

Recenzja: Wędrówka pośród popiołów cywilizacji

„DROGA” – Cormac McCarthy

DROGA – Cormac McCarthy

Temat postapokaliptycznego świata został już przedstawiony na multum sposobów w literaturze, kinie, komiksie, grach komputerowych. Wydawałoby się, że z tak wyeksploatowanego złoża nie da się już wydobyć żadnej nowej jakości. A jednak Cormacowi McCarthy’emu ta sztuka się udała. Nie dość, że z ogranych schematów stworzył wciągającą, wielowymiarową opowieść, to jeszcze zdobył za nią jak najbardziej zasłużony laur – Nagrodę Pulitzera.

Sukces amerykańskiego pisarza tkwi w podejściu do tematu. Jakże oryginalnym i nieszablonowym prowadzeniu fabuły. Autor nie skupia się – jak wielu jego poprzedników – na przyczynach zagłady znanego nam świata. Czytelnik może jedynie z kontekstu domyślać się co spotkało naszą cywilizację, jaki kataklizm nastał i przez co lub kogo spowodowany. Obrazy wypalonej ziemi, przysypanych popiołem resztek ludzkości, martwej roślinności robią przejmujące wrażenie. Czy stało się tak na skutek wojny nuklearnej, jakiejś kosmicznej katastrofy, czy też innej tragedii – tego się nie dowiadujemy. Wiedza ta nie jest nam tak naprawdę potrzebna. W centrum uwagi McCarthy’ego są bowiem ludzie. Nieliczni przedstawiciele upadłego gatunku, błąkający się po pustkowiu w poszukiwaniu jedzenia i odkupienia, a czasami śmierci. Część z nich uległa zezwierzęceniu. Mordując się nawzajem i zjadając próbują jakoś przetrwać. Kanibalizm jest powszedni. Głód jest w stanie wymusić najbardziej karygodne działania. Obraz upieczonego nad ogniskiem dziecka, które przed momentem wyszło na świat z łona matki, robi wstrząsające wrażenie i chyba najbardziej definiuje okrucieństwo tego nowego świata.

Właśnie po drogach takiego piekła, gdzie każdy napotkany człowiek może stać się śmiertelnym zagrożeniem, podróżuje bezimienny ojciec z bezimiennym kilkuletnim synem. Mężczyzna stara się ze wszystkich sił zapewnić możliwie znośną egzystencje dziecku. W zgliszczach osiedli ludzkich szuka jedzenia i czystej wody, ubrań, wszystkiego co niezbędne. Próbuje jak to tylko możliwe chronić malca przed okrucieństwami świata. Jednak – jak sam zdaje sobie z tego sprawę – jest to nierealne, a zło sięgnie swym pazurem każdego, nawet jeśli jest może ostatnią niewinną istotą na planecie.

Niewielkich rozmiarów powieść, pisaną charakterystycznym dla autora językiem, pozbawionym wyszczególnionych partii dialogowych i o bardzo oszczędnym stylu, pochłania się błyskawicznie. Ta zamierzona prostota sprawia, że w niektórych partiach proza nabiera cech wysublimowanej poezji. Fabularnie w sumie nie dzieje się dużo. Natomiast klimat osamotnienia i rezygnacji jest ciężki, przytłaczający i wszechobecny. Pomimo tego błyszczy gdzieś na horyzoncie nikłe światełko nadziej. Może jest jeszcze szansa dla ludzkości, a główni bohaterowie nie są ostatnimi prawymi ludźmi jacy pozostali na spalonej Ziemi.

tytuł: DROGA

tytuł oryginału: The Road

autor: Cormac McCarthy

wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Kraków 2010

stron: 268

oprawa: twarda

ISBN 978-83-08-04484-1

Podobne wpisy

  • ||

    Recenzja w 7 zdaniach: Captain America: Zimowy Żołnierz

    Captain America: Zimowy żołnierz - plakat

    KOLEJNA ROZRYWKOWA PROPOZYCJA Z MARVEL STUDIO przynosi ekscytujące połączenie filmu superbohaterskiego i thrillera szpiegowskiego z zakrojoną na globalną skalę intrygą. Bohater z czasów II wojny światowej coraz lepiej odnajduje się w XXI wieku, dostrzegając jednocześnie zakłamanie na szczytach władz, wszechobecną inwigilację i poświęcenie wolności jednostki na ołtarzu narodowego bezpieczeństwa. Agencja S.H.I.E.L.D. staje przez niebezpieczeństwem, które od lat czaiło się tam, gdzie nikt by się go nie spodziewał, a teraz podnosi swój łeb, by dzięki ludobójstwu i zniszczeniom sięgnąć po władzę. Z genialnego komiksowego pierwowzoru Eda Brubakera, twórcy filmu zaczerpnęli jedynie ogólne wątki i atmosferę wszechogarniającego spisku, czyniąc z tytułowego antagonisty postać ciekawą i niejednoznaczną, która jednak swoje pełne rozwinięcie znajdzie dopiero w kolejnych filmach. Obsada aktorska stoi na bardzo dobrym poziomie, a występy postaci znanych z innych obrazów filmowego uniwersum Marvela, takich jak półkownik Nick Fury (Samuel L. Jackson) czy Black Widow (Scarlett Johansson), nie należą do rzadkości – ta dwójka gra filmie pierwsze skrzypce na równi z głównym bohaterem. Postacią z sukcesem debiutującą na ekranie jest Sam Wilson, znany jako Falcon (Anthony Mackie) – były wojskowy dysponujący technologią mechanicznych skrzydeł umożliwiającą lot i podniebne akrobacje. Wizualnie Captain America: Zimowy Żołnierz olśniewa poziomem efektów specjalnych, popisów kaskaderskich i scen pełnych spektakularnych akcji i wybuchów, które potęgowane przez technologie 3-D zapewniają pełne spektrum mocnych wrażeń.

    tytuł: CAPTAIN AMERICA: ZIMOWY ŻOŁNIERZ
    tytuł oryginału: Captain America: The Winter Soldier
    reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo
    scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
    zdjęcia: Trent Opaloch
    muzyka: Henry Jackman
    montaż: Jeffrey Ford
    scenografia: Peter Wenham
    kostiumy: Judianna Makovsky
    produkcja: Kevin Feige
    obsada: Chris Evans, Scarlett Johansson, Hayley Atwell, Cobie Smulders, Sebastian Stan, Dominic Cooper, Emily VanCamp, Samuel L. Jackson, Robert Redford, Anthony Mackie, Callan Mulvey, Frank Grillo, Toby Jones, Jenny Agutter, Georges St-Pierre, Garry Shandling, Alan Dale
    rok produkcji: 2014
    kraj: USA
    czas: 128 min.

  • |

    Recenzja: Superbohaterowie, jak żywi

    „MARVELS” – Kurt Busiek, Alex Ross

    MARVELS

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałby świat, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę? Jaka byłaby reakcja społeczeństwa na ich działania? Taki właśnie obraz świata ukazuje legendarne już dzieło Busieka i Rossa „Marvels”. Poczynania herosów obserwujemy tutaj z punktu widzenia zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy zaludniając ulice Nowego Jorku są bezpośrednimi świadkami przełomowych wydarzeń z Universum Marvela. Opowieść zaczyna się w czasie II Wojny Światowej, kiedy to powszechny strach przed nazistami łagodzi pojawienie się po stronie aliantów potężnego sprzymierzeńca – superżołnierza Kapitana Ameryki. Phil Sheldon to zaczynający swoją karierę fotoreporter. Jego oczami obserwujemy wydarzenia i frustracje społeczne. Sheldon początkowo sam nie wie, czy pojawienie się istot o prawie boskich mocach jest dla świata błogosławieństwem, czy też może największym zagrożeniem. Supermocami dysponują przecież także kryminaliści i szaleńcy, a ich rozgrywki z zamaskowanymi obrońcami sprawiedliwości, w których ludzie są tylko statystami, często – oprócz bezpośredniego zagrożenia życia – doprowadzają do potężnej dewastacji miasta. Fantastic Four, Avengers, Spider-Man i inne sztandarowe postacie budzą skrajne emocje – od strachu i paniki, do wdzięczności i nadziei. Obserwujemy takie przełomowe wydarzenia jak m. in.: atak Namora, walka Fantastic Four z Galactusem, wybuch nienawiści rasowej w związku z pojawieniem się na świecie mutantów, śmierć Gwen Stacy z rąk Green Goblina. Akcja komiksu kończy się współcześnie. Phil Sheldon jest już człowiekiem w podeszłym wieku, właśnie wydał książkę ze swoimi zdjęciami superherosów o tytule „Marvels”. I to właśnie fascynacja „cudownymi” jest motorem napędowym jego całego życia.

    Realistyczne i oryginalne ujęcie tematu bohaterów z nadludzkimi zdolnościami, zamaskowanych mścicieli, pogromców zbrodni, stanowi o wyjątkowości tego komiksu. Czytelnik czuję się jakby został wrzucony w fantastyczny świat tworzony przez lata, dzięki talentom takich twórców jak Stan Lee czy Jack Kirby. Obiektyw aparatu głównego bohatera staje się lustrem, w którym możemy podpatrzeć nasze prawdopodobne reakcje, gdyby przyszło nam żyć w takim właśnie świecie. Miejscu pełnym cudów i nieprawdopodobnych zdarzeń, gdzie ubrani w kolorowe trykoty mężczyźni i kobiety toczą nieustanne starcia w imię ideałów zarówno tych szczytnych jak i najniższych.

    Świetny scenariusz Kurta Busieka zyskał fenomenalną oprawę graficzną. Dwudziestoparoletni wówczas grafik, Alex Ross, swoimi fotorealistycznymi kadrami potęguje jeszcze wrażenie uczestnictwa w realnych wydarzeniach. Ta historia rysowana inną kreską nie byłaby tak sugestywna. Tam gdzie trzeba jest rozmach, epickość i dynamizm, jak również spokój i refleksja. Wszystko to stworzone z niezwykłą dbałością i szczegóły, świetnie skadrowane i okraszone doskonałą kolorystyką. Prawdziwa uczta dla oczu. Gdyby superbohaterowi istnieli w rzeczywistości, to trudno ich wyobrazić sobie inaczej.

    tytuł: MARVELS

    tytuł oryginału: Marvels

    scenariusz: Kurt Busiek

    rysunek: Alex Ross

    wydawca: Mucha Comics

    wydawca oryginału: Marvel Comics

    data wydania: 2009

    data wydania oryginału: 1994

    stron: 216

    oprawa: twarda

  • ||

    Recenzja w 7 zdaniach: Legendy ringu

    Legendy ringu - plakat

    DWAJ LEGENDARNI PIĘŚCIARZE Z PITTSBURGHA, PO TRZYDZIESTU LATACH WRACAJĄ NA RING, by ostatecznie udowodnić, który z nich jest lepszy. Przed laty obaj byli niekwestionowanymi mistrzami, jednak po zakończeniu kariery, każdy podążył inną drogą, zarówno zawodową jak i osobistą, obwiniając się wzajemnie o swoje niepowodzenia. Czy podstarzali bokserzy, będący niegdyś gwiazdami, są w stanie pokonać ułomności własnych ciał, wieloletnie złe nawyki i wzajemne antagonizmy. Mimo pozornie poważnej tematyki, film jest sportowo-obyczajową komedią, której pierwszoplanowi aktorzy mają spory dystans do siebie i swoich postaci, będących przecież swoistym powrotem do ich najbardziej znanych ekranowych wcieleń. Grający Henry’ego „Razora” Sharpa, Sylvester Stallone, to przecież nie kto inny jak Rocky Balboa, bohater chyba najsłynniejszego bokserskiego cyklu w historii kina, rozpoczętego niemal przed czterdziestu laty. Billy „The Kid” McDonnen o twarzy Roberta De Niro, jest natomiast dalekim krewnym nagrodzonej Oscarem dla najlepszego aktora roli Jake’a La Motty w genialnym Wściekłym Byku Martina Scorsese, też prawie sprzed czterech dekad. Legendy ringu są nostalgiczną, pełną niewymuszonego humoru, podróżą w przeszłość, do czasów i bohaterów, którzy niestety, ale w pełnej krasie już nie powrócą.

    tytuł: LEGENDY RINGU
    tytuł oryginału: Grudge Match
    reżyseria: Peter Segal
    scenariusz: Tim Kelleher, Rodney Rothman
    zdjęcia: Dean Semler
    muzyka: Trevor Rabin
    montaż: William Kerr
    scenografia: Wynn Thomas
    kostiumy: Mary E. Vogt
    produkcja: Michael Ewing, Bill Gerber, Mark Steven Johnson, Ravi D. Mehta, Peter Segal
    obsada: Sylvester Stallone, Robert De Niro, Alan Arkin, Kim Basinger, Jon Bernthal, LL Cool J, Ireland Baldwin, Mason Mackie, Rich Little, Don Lake, Mykel Shannon Jenkins, Anthony Bean, Barry Primus, Oscar Gale, BJ Guyer, Carrie Lazar, Han Soto, Joey Diaz
    rok produkcji: 2013
    kraj: USA
    czas: 113 min.

  • |

    Recenzja: 'D’ is silent

    „DJANGO” – Quentin Tarantino

    Django - plakat

    Niemiecki dentysta, dr King Schultz (Christoph Waltz), porzucił swój zawód i ojczyznę, teraz przemierza Stany Zjednoczone jako bezkompromisowy łowca głów. Każdy bandyta, za którym wystawiono list gończy może być pewien, że prędzej czy później znajdzie się na jego celowniku, bez nadziei na litość. Tropiąc braci Brittle, łowca musi skorzystać z pomocy niewolnika Django, który jako jedyny jest w stanie rozpoznać poszukiwanych. Uwalnia nieszczęśnika i odtąd jako towarzysze w interesach, a z czasem i przyjaciele, razem dostarczają łotrów żywych lub martwych (najczęściej martwych) przedstawicielom prawa. Django opowiada Schultzowi o swojej żonie Broomhildzie (Kerry Washington), z którą został rozłączony. Poruszony losem wyzwoleńca Niemiec, postanawia pomóc w odnalezieniu i wyswobodzeniu kobiety. Trop wiedzie na plantację Candyland, gdzie niejaki Calvin Candie organizuje brutalne walki niewolników.

    Takiej zabawy kinem dawno nie było dane widzom doświadczyć. Quentin Tarantino po mistrzowsku żongluje motywami, gatunkami, narracjami i schematami. Reżyser, który fachu uczył się w wypożyczalni video udowadnia, że miłość do kina i popkultury to najlepsza ze szkół. To pasja takich twórców sprawia, że na sali kinowej ciągle możemy liczyć na zaskoczenie. Bierze na warsztat ograne motywy i twórczo je przetwarza, czasem trawestuje, innym razem łączy z wydawałoby się niepasującymi składnikami. Dorzucić do tego mistrzowską realizację, grę aktorską, muzykę oraz dopieszczone dialogi i mamy ekranową bombę. Od czasu „Wściekłych psów” i „Pulp Fiction” zawsze dostajemy od mistrza kuchni filmową potrawę o wykwintnym, ale i mocno przyprawionym smaku.

    Po filmie wojennym, jakim był obraz „Bękarty wojny” Tarantino bierze się za western – gatunek, którego elementy zawsze były widoczne w jego twórczości – zarówno w tradycyjnej amerykańskiej odmianie, jak i (głównie) włoskiej reinterpretacji. To właśnie do twórców tego nurtu, takich jak Sergio Leone i Sergio Corbucci, najbardziej odwołuje się „Django Unchained”. Tytułem dygresji: jakoś nie widzę sensu w pominięciu w tytule przez polskiego dystrybutora słowa unchained, co najprościej przełożyć jako wyzwoleniec. Tytuł będący zarazem imieniem głównego bohatera nawiązuje do filmu „Django” z 1966 roku w reżyserii wspominanego już wcześniej Sergio Corbucciego, gdzie w głównej roli wystąpił Franco Nero. W obrazie Tarantino aktor pojawia się w jednej ze scen pytając bohatera o jego imię. Wtedy też pada słynne już (a niebawem zapewne kultowe) ‘D’ is silent. Istnieje także pewien związek z westernem, w japońskim wykonaniu, o tytule „Sukiyaki Western Django” z 2007 roku w reżyserii Takashi’ego Miike, w którym to Tarantino wystąpił gościnnie w roli rewolwerowca Ringo. Postać Django można także traktować jako czarnoskórą wersję bezimiennego bohatera kreowanego przez Clinta Eastwooda w dolarowej trylogii Sergio Leone. Jest równie małomównym, kamiennolicym, zamkniętym w sobie mścicielem. W utworze odnajdujemy wszystkie cechy, którymi scharakteryzować można spaghetti western: niejednoznaczni bohaterowie (a właściwie raczej anty-bohaterowie), nihilizm moralny, dosłowna przemoc (którą Tarantino przeradza w swoisty krwawy balet, niczym z kina gore) oraz czarny humor. Mimo tych, wydawałoby się, ciężkich cech „Django” ma także inne oblicze. W niektórych fragmentach to przezabawna komedia – przykładem niech będzie scena konnego pościgu Ku Klux Klanu za bohaterami – w innych, film nie stroni od poważnych treści. Nie jest wtedy, w żadnym razie, jakimś zaangażowanym społecznie moralitetem, jednak mówi dość dobitnie o sytuacji niewolników w Ameryce w przededniu wojny secesyjnej. Co zastanawiające, reżyser spotkał się z zarzutami o propagowanie rasistowskich treści. Jednym z oskarżycieli był znany i ceniony afroamerykański kolega po fachu – Spike Lee. Bardzo zaskakująca to sytuacja, gdyż film w swojej wymowie potępia w każdym calu niewolnictwo i segregację rasową. Biali plantatorzy, to sadystyczne wyrachowane typy. Jednakże w obrazie nie ma klarownego podziału na dobro i zło. Czasami czarni niewolnicy bywają równie źli jak ich biali panowie. Cóż, jak to w życiu bywa.

    Obok odwołań do westernu, w filmie można też doszukać się echa starogermańskiego mitu o Siegfriedzie i Broomhildzie. Wyzwoleniec, niczym właśnie mityczny heros, znany choćby z „Pieśni o Nibelungach” – monumentalnego muzycznego dramatu Ryszarda Wagnera – próbuje ocalić księżniczkę (mówiąca biegle po niemiecku ukochana żona) z łap smoka (Candie). Jak nośna i popularna jest to opowieść, niech świadczy fakt, że mit ten jest osnową „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena.

    Christoph Waltz tworzy na ekranie kolejną wyśmienitą kreację i po raz drugi za udział w filmie Tarantino zgarnia statuetkę Oscara. Postać dr Kinga jest pełnokrwista, powalająca swoim urokiem, ale i budząca grozę brutalnością. To człowiek inteligentny i wykształcony, który nad przeciwnikami góruje nie tylko szybkością rewolweru, ale głównie sprytem i sprawnością umysłu. Django Freeman w interpretacji Jamie’ego Foxxa to tajemniczy, milczący wojownik, uczeń swego mistrza i wyzwoliciela. Ze zdobytej wolności korzysta pełną garścią, a wrogów odsyła na tamten świat pewnym naciśnięciem rewolwerowego cyngla. Leonardo DiCaprio kreując głównego przeciwnika bohaterów – zakochanego we francuskiej kulturze bufona – Calvina Candie’ego, obdarza go urokiem dandysa, spod którego skóry wyziera okrutny, niestroniący od sadyzmu potwór. Doskonale sprawdził się także ulubieniec reżysera, Samuel L. Jackson, jako usłużny niewolnik plantatora – Stephen. Grając postać na zewnątrz lizusowatego, konserwatywnego i zniedołężniałego starca, który gdy nikt nie patrzy zmienia się w demonicznego szczwanego lisa, zaburza jednoznaczną pozycję na podium głównego schwarzcharakteru. Sam Quentin Tarantino, jak to ma w zwyczaju, pojawia się w epizodycznej rólce jednego z ludzi Candie’ego.

    „Django” daje poczucie obcowania z kinem bezkompromisowym, o którym długo po seansie nie da się zapomnieć. Jest to film nakręcony niezwykle lekką i sprawna ręką, czasem z przymrużeniem oka, niekiedy na poważnie, ale głównie liczy się tutaj dobra, intertekstualna zabawa z widzem i konwencją, co najdobitniej podkreśla i niejako pointuje autoironiczny, szelmowski uśmiech bohatera w jednej z ostatnich scen. Jeden z najlepszych i najoryginalniejszych (mimo wszechobecnych cytatów i zapożyczeń) obrazów 2012 roku. Tarantino zagarnął Oscara za scenariusz – powinien otrzymać statuetkę również za reżyserię.

    tytuł: DJANGO
    tytuł oryginału: Django Unchained
    reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino
    zdjęcia: Robert Richardson
    montaż: Fred Raskin
    scenografia: J. Michael Riva
    kostiumy: Sharen Davis, Dana Kay Hart, Elaine Ramires
    produkcja: Reginald Hudlin, Pilar Savone, Stacey Sher
    obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Kerry Washington, Samuel L. Jackson, Walton Goggins, Dennis Christopher, James Remar, David Steen, Dana Michelle Gourrier, Nichole Galicia, Laura Cayouette, Ato Essandoh, Sammi Rotibi, Clay Donahue Fontenot, Escalante Lundy, Miriam F. Glover, Don Johnson, Franco Nero, Quentin Tarantino
    rok produkcji: 2012
    kraj: USA
    czas: 165 min.

  • |

    Recenzja: Mroczna Bydgoszcz

    „KOMISARZ BONDYS 1: ROBAKI W ŚCIANIE” – Hanna Szczukowska-Białys

    KOMISARZ BONDYS 1: ROBAKI W ŚCIANIE – Hanna Szczukowska-Białys

    Powieści kryminalne osadzone w polskiej rzeczywistości bywają różne jakościowo, od grafomańskich popisów domorosłych autorów, na które zwyczajnie szkoda czasu, po sprawnie zrealizowane, trzymające w napięciu opowieści, gdzie sensacyjna intryga jest tylko pretekstem do ukazania społecznych relacji i tłem do podjęcia ważkich tematów. Jednym z ciekawych nurtów jest kryminał retro próbujący ukazać czytelnikowi dawno miniony świat. Autorzy lubią osadzać akcje w międzywojniu i w epoce słusznie minionego PRL-u. Ten historyczny kostium stanowi wartość dodaną i przyciąga jak magnes czytelnika nie zawsze zainteresowanego stricte kryminalną literaturą.

    Debiutancka powieść Hanny Szczukowskiej-Białys, to podróż w nie tak dawne czasy, które większość z dojrzałych czytelników pamięta z własnej autopsji. Bydgoszcz połowy lat 90. jest miastem brudnym i odrapanym nie tylko architektonicznie, ale i mentalnie. Trudno poczuć atmosferę świeżo odzyskanej wolności od radzieckiego ucisku, kiedy naokoło widać popadające w ruinę kamienice i wielkie zakłady przemysłowe, które nie poradziły sobie z kapitalistycznymi nowymi realiami. W tej podupadającej metropolii nad Brdą, w jednym z położonych na obrzeżu lasów, zostają znalezione brutalnie okaleczone zwłoki mężczyzny. Sprawca, co nie zdarza się często, ułatwił identyfikację denata podpisując swoją ofiarę. Z ramienia bydgoskiej policji sprawę prowadzi komisarz Marek Bondys, doświadczony gliniarz, który przeczuwa, że ta sprawa szybko się nie zakończy i wkrótce mogą pojawić się kolejne ciała. Czyżby przyszło mu zmierzyć się z seryjnym mordercą? Czy oczywisty na pierwszy rzut oka wątek homofobiczny jest kluczem do wytropienia sprawcy?

    Postać Bondysa jest niezwykle ciekawie zarysowana, to twardy, ale też wewnętrznie wrażliwy mężczyzna z bogatą i trudną przeszłością. Jako, że jest to pierwszy tom cyklu nie dowiadujemy się o bohaterze wszystkiego, ale to co udaje się podczas lektury ustalić sprawia, że komisarz przestaje być papierową kreacją stając się w wyobraźni czytelnika żywą i pełnokrwistą osobą. Co ciekawe policjant cierpi na mizofonię, czyli nadwrażliwości na pewne dźwięki oraz lekką nerwicę natręctw przejawiającą się obsesyjnym liczeniem kroków. Jednocześnie jest fanem muzyki thrash metalowej. To samotnik, dla którego praca jest wszystkim. Oryginalnie skonstruowany główny bohater i dobrze zarysowane tło społeczne to jedne z największych atutów powieści.

    Intryga kryminalna jest skonstruowana poprawnie i nieprzewidywalnie, co daję satysfakcję w odkrywaniu kolejnych jej zasłon. Powieść napisana została ciekawym językiem pozwalającym zanurzyć się w wykreowany świat. Robaki w ścianie, to udany debiut, wyróżniający się na bogatym rynku polskich powieści kryminalnych. Bydgoszcz skrywa zapewne jeszcze nie jedną mroczną tajemnicę, z którą komisarz Bondys wraz z resztą swego zespołu będzie musiał wkrótce się zmierzyć, a czytelnicy wraz z nim.

    Recenzja powstała w ramach akcji recenzenckiej Wydawnictwa SQN.

    tytuł: KOMISARZ BONDYS 1: ROBAKI W ŚCIANIE

    autor: Hanna Szczukowska-Białys

    wydawnictwo: Sine Qua Non

    Kraków 2024

    stron: 544

    oprawa: broszurowa

    ISBN 978-83-8330-160-0

  • |

    Recenzja: Groza dźwięku

    „SUSPIRIA” – Dario Argento

    suspiria - plakatW deszczową noc młoda amerykanka – Suzy Bannion (Jessica Harper) – przybywa z Nowego Jorku do renomowanej szkoły Baletowej w Niemczech. I już tej pierwszej nocy jest świadkiem dziwnych wydarzeń. Jedna z uczennic ginie zamordowana w bestialski sposób przez nieznanego sprawcę. Wkrótce mają miejsce kolejne niepokojące i tragiczne wydarzenia. Dziewczyna próbuje dojść ich przyczyny. Jednocześnie zmaga się z trudami nauki, codziennymi treningami, wymagającymi pedagogami i snobistycznym towarzystwem koleżanek i kolegów.

    Dario Argento to legenda włoskiego filmu grozy, sztandarowy reżyser nurtu zwanego giallo. Tym mianem określa się krwawe kryminały z domieszką horroru, popularne we Włoszech w latach 70-tych i 80-tych XX wieku. Nazwa giallo – z włoskiego żółty – pochodzi od koloru okładek tanich powieści kryminalnych, do których stylistyki filmy tego nurtu bezpośrednio nawiązują. Brutalne, pełne krwi i przemocy – nierzadko seksualnej – obrazy to swoisty pierwowzór współczesnych amerykańskich slasherów. „Suspiria” zniewala stylizowanymi zdjęciami, pełnymi mocnych, wyrazistych barw sąsiadujących bezpośrednio z pastelową paletą. Przez to nabiera charakteru bajkowego. Tak ukazany świat wydawałoby się bardziej przystaje do opowieści familijnej niż do horroru. Dzięki temu kontrastowi efekt grozy jest jeszcze silniejszy. Film będący ekranizacją powieści „Suspiria de profundis” Thomasa de Quincey’a, pełen jest różnorakich odniesień, do innych dzieł literackich, z czego najsilniej widać inspirację „Alicją w krainie czarów” Lewisa Carrolla. Bo przecież Suzy to taka inkarnacja Alicji. Normalna dziewczyna wrzucona znienacka w koszmarną, inną rzeczywistość, gdzie złe moce czyhają na niczego nieświadome ofiary.

    Osobną kwestią jest muzyka. To właśnie psychodeliczne, pełne niepokoju kompozycje w głównej mierze odpowiadają za emocję, które odczuwa widz w trakcie seansu. Zgranie ilustracji dźwiękowych z obrazem jest fenomenalne. Mistrzowskie połączenie wszystkich składowych dzieła filmowego (obrazu, dźwięku, montażu, scenografii) dało w efekcie kanoniczny już dziś spektakl grozy. Klasyk, który nigdy się nie zestarzeje.

    tytuł: SUSPIRIA
    reżyseria: Dario Argento
    scenariusz: Dario Argento, Daria Nicolodi
    zdjęcia: Luciano Tovoli
    montaż: Franco Fraticelli
    muzyka: Dario Argento, The Goblins
    scenografia: Giuseppe Bassan
    kostiumy: Pierangelo Cicoletti
    produkcja: Claudio Argento
    obsada: Jessica Harper, Stefania Casini, Flavio Bucci, Miguel Bosé, Barbara Magnolfi, Susanna Javicoli, Eva Axén, Rudolf Schündler, Udo Kier
    rok produkcji: 1977
    kraj: Włochy
    czas: 98

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *