|

Recenzja: Sztuka może zabić

„KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE” – Hanna Szczukowska-Białys

KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE – Hanna Szczukowska-Białys

Bydgoszcz lat 90. ponownie staje się sceną makabrycznych zbrodni i tylko nieszablonowy śledczy, komisarz Marek Bondys, będzie w stanie poznać motywy i schwytać mordercę. Znajdowane co jakiś czas kolejne zwłoki, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Łączy je jedynie sposób, w jaki ofiary zginęły. Przypatrujemy się żmudnej pracy policji, która musi odkryć co je łączy, a to dopiero początek trudnej drogi do złapania mordercy. Czytelnik jednocześnie ma możliwość poznać poszukiwanego kryminalistę, bo akcja jest także przedstawiana z jego punktu widzenia. Ten obraz jest zatrważający, a jednocześnie na jakimś poziomie budzący współczucie. W trakcie lektury rodzą się pytania, ile można poświęcić dla sztuki czy stworzenie dzieła doskonałego, które przyniesie nieśmiertelną sławę, zwalnia z moralności.

Męczennicy na płótnie, to kryminał z dobrze wymyślonym antagonistą, który budzi podskórny strach, że ktoś taki, niespełniony w swych marzeniach, może mieszkać blisko nas i tylko krok dzieli go od wprowadzenia swoich chorych fantazji w życie. Bardzo ciekawe jest też wplecenie w fabułę dzieł autentycznego malarza Wojciecha Weissa.

Drugi tom powieści Hanny Szczukowskiej-Białys rozwija postaci zaprezentowane w debiutanckich Robakach w ścianie, co autorce tylko po części się udaję. O ile postać Bondysa jest konsekwentnie charakteryzowana i rozwijana, to już członkowie jego zespołu wikłają się w niepotrzebne romanse, z których tak naprawdę nic nie wynika, a powtarzanie kilkukrotnie, naiwnych dylematów uczuciowych sierżant Beaty Pachniewicz niemiłosiernie spowalnia akcję i jest zwyczajnie irytujące. To niestety nie jest jedyny zarzut. Brakuję również głębszego osadzenia powieści w Bydgoszczy, zarówno tej współczesnej bohaterom, jak i tej z okresu PRL-u, co było jedną z mocnych stron poprzedniej książki. Akcja „Męczenników na płótnie” mogłaby się dziać w dowolnym mieście, a nawet wydaję się, że lokalizacje bardziej związane ze światem artystycznym, bardziej by tutaj pasowały.

Mimo elementów, które nie zagrały tak, jak powinny, powieść jest wciągająca i budzi w czytelniku chęć podążania za tokiem akcji. Największym jej plusem jest główny bohater, umiejący zaskarbić sobie sympatię czytelnika. W drugiej kolejności jest ciekawy pomysł na intrygę. Czekam na trzecie spotkanie z komisarzem Bondysem, mając nadzieję, że uda się poprawić zaistniałe błędy i dostaniemy do ręki mocną kryminalną opowieść, osadzoną w postindustrialnej Bydgoszczy, bo zarówno wykreowany protagonista, jak i miasto, w którym żyje, na pewno na to zasługują.

Recenzja powstała w ramach akcji recenzenckiej Wydawnictwa SQN.

tytuł: KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE

autor: Hanna Szczukowska-Białys

wydawnictwo: Sine Qua Non

Kraków 2024

stron: 512

oprawa: broszurowa

ISBN 978-83-8330-163-1

Podobne wpisy

  • |

    Recenzja: “D” is silent

    „DJANGO” – Quentin Tarantino

    Niemiecki dentysta, dr King Schultz (Christoph Waltz), porzucił swój zawód i ojczyznę, teraz przemierza Stany Zjednoczone jako bezkompromisowy łowca głów. Każdy bandyta, za którym wystawiono list gończy może być pewien, że prędzej czy później znajdzie się na jego celowniku, bez nadziei na litość. Tropiąc braci Brittle, łowca musi skorzystać z pomocy niewolnika Django, który jako jedyny jest w stanie rozpoznać poszukiwanych. Uwalnia nieszczęśnika i odtąd jako towarzysze w interesach, a z czasem i przyjaciele, razem dostarczają łotrów żywych lub martwych (najczęściej martwych) przedstawicielom prawa. Django opowiada Schultzowi o swojej żonie Broomhildzie (Kerry Washington), z którą został rozłączony. Poruszony losem wyzwoleńca Niemiec, postanawia pomóc w odnalezieniu i wyswobodzeniu kobiety. Trop wiedzie na plantację Candyland, gdzie niejaki Calvin Candie organizuje brutalne walki niewolników.

    Takiej zabawy kinem dawno nie było dane widzom doświadczyć. Quentin Tarantino po mistrzowsku żongluje motywami, gatunkami, narracjami i schematami. Reżyser, który fachu uczył się w wypożyczalni video udowadnia, że miłość do kina i popkultury to najlepsza ze szkół. To pasja takich twórców sprawia, że na sali kinowej ciągle możemy liczyć na zaskoczenie. Bierze na warsztat ograne motywy i twórczo je przetwarza, czasem trawestuje, innym razem łączy z wydawałoby się niepasującymi składnikami. Dorzucić do tego mistrzowską realizację, grę aktorską, muzykę oraz dopieszczone dialogi i mamy ekranową bombę. Od czasu Wściekłych psów i Pulp Fiction zawsze dostajemy od mistrza kuchni filmową potrawę o wykwintnym, ale i mocno przyprawionym smaku.

    Po filmie wojennym, jakim był obraz Bękarty wojny Tarantino bierze się za western – gatunek, którego elementy zawsze były widoczne w jego twórczości – zarówno w tradycyjnej amerykańskiej odmianie, jak i (głównie) włoskiej reinterpretacji. To właśnie do twórców tego nurtu, takich jak Sergio Leone i Sergio Corbucci, najbardziej odwołuje się Django Unchained. Tytułem dygresji: jakoś nie widzę sensu w pominięciu w tytule przez polskiego dystrybutora słowa unchained, co najprościej przełożyć jako wyzwoleniec. Tytuł będący zarazem imieniem głównego bohatera nawiązuje do filmu Django z 1966 roku w reżyserii wspominanego już wcześniej Sergio Corbucciego, gdzie w głównej roli wystąpił Franco Nero. W obrazie Tarantino aktor pojawia się w jednej ze scen pytając bohatera o jego imię. Wtedy też pada słynne już (a niebawem zapewne kultowe) ’“D” is silent. Istnieje także pewien związek z westernem, w japońskim wykonaniu, o tytule Sukiyaki Western Django z 2007 roku w reżyserii Takashi’ego Miike, w którym to Tarantino wystąpił gościnnie w roli rewolwerowca Ringo. Postać Django można także traktować jako czarnoskórą wersję bezimiennego bohatera kreowanego przez Clinta Eastwooda w dolarowej trylogii Sergio Leone. Jest równie małomównym, kamiennolicym, zamkniętym w sobie mścicielem. W utworze odnajdujemy wszystkie cechy, którymi scharakteryzować można spaghetti western: niejednoznaczni bohaterowie (a właściwie raczej anty-bohaterowie), nihilizm moralny, dosłowna przemoc (którą Tarantino przeradza w swoisty krwawy balet, niczym z kina gore) oraz czarny humor. Mimo tych, wydawałoby się, ciężkich cech Django ma także inne oblicze. W niektórych fragmentach to przezabawna komedia – przykładem niech będzie scena konnego pościgu Ku Klux Klanu za bohaterami – w innych, film nie stroni od poważnych treści. Nie jest wtedy, w żadnym razie, jakimś zaangażowanym społecznie moralitetem, jednak mówi dość dobitnie o sytuacji niewolników w Ameryce w przededniu wojny secesyjnej. Co zastanawiające, reżyser spotkał się z zarzutami o propagowanie rasistowskich treści. Jednym z oskarżycieli był znany i ceniony afroamerykański kolega po fachu – Spike Lee. Bardzo zaskakująca to sytuacja, gdyż film w swojej wymowie potępia w każdym calu niewolnictwo i segregację rasową. Biali plantatorzy, to sadystyczne wyrachowane typy. Jednakże w obrazie nie ma klarownego podziału na dobro i zło. Czasami czarni niewolnicy bywają równie źli jak ich biali panowie. Cóż, jak to w życiu bywa.

    Obok odwołań do westernu, w filmie można też doszukać się echa starogermańskiego mitu o Siegfriedzie i Broomhildzie. Wyzwoleniec, niczym właśnie mityczny heros, znany choćby z Pieśni o Nibelungach – monumentalnego muzycznego dramatu Ryszarda Wagnera – próbuje ocalić księżniczkę (mówiąca biegle po niemiecku ukochana żona) z łap smoka (Candie). Jak nośna i popularna jest to opowieść, niech świadczy fakt, że mit ten jest osnową Władcy Pierścieni J. R. R. Tolkiena.

    Christoph Waltz tworzy na ekranie kolejną wyśmienitą kreację i po raz drugi za udział w filmie Tarantino zgarnia statuetkę Oscara. Postać dr Kinga jest pełnokrwista, powalająca swoim urokiem, ale i budząca grozę brutalnością. To człowiek inteligentny i wykształcony, który nad przeciwnikami góruje nie tylko szybkością rewolweru, ale głównie sprytem i sprawnością umysłu. Django Freeman w interpretacji Jamie’ego Foxxa to tajemniczy, milczący wojownik, uczeń swego mistrza i wyzwoliciela. Ze zdobytej wolności korzysta pełną garścią, a wrogów odsyła na tamten świat pewnym naciśnięciem rewolwerowego cyngla. Leonardo DiCaprio kreując głównego przeciwnika bohaterów – zakochanego we francuskiej kulturze bufona – Calvina Candie’ego, obdarza go urokiem dandysa, spod którego skóry wyziera okrutny, niestroniący od sadyzmu potwór. Doskonale sprawdził się także ulubieniec reżysera, Samuel L. Jackson, jako usłużny niewolnik plantatora – Stephen. Grając postać na zewnątrz lizusowatego, konserwatywnego i zniedołężniałego starca, który gdy nikt nie patrzy zmienia się w demonicznego szczwanego lisa, zaburza jednoznaczną pozycję na podium głównego schwarzcharakteru. Sam Quentin Tarantino, jak to ma w zwyczaju, pojawia się w epizodycznej rólce jednego z ludzi Candie’ego.

    Django daje poczucie obcowania z kinem bezkompromisowym, o którym długo po seansie nie da się zapomnieć. Jest to film nakręcony niezwykle lekką i sprawna ręką, czasem z przymrużeniem oka, niekiedy na poważnie, ale głównie liczy się tutaj dobra, intertekstualna zabawa z widzem i konwencją, co najdobitniej podkreśla i niejako pointuje autoironiczny, szelmowski uśmiech bohatera w jednej z ostatnich scen. Jeden z najlepszych i najoryginalniejszych (mimo wszechobecnych cytatów i zapożyczeń) obrazów 2012 roku. Tarantino zagarnął Oscara za scenariusz – powinien otrzymać statuetkę również za reżyserię.

    tytuł: DJANGO

    tytuł oryginału: Django Unchained

    reżyseria: Quentin Tarantino

    scenariusz: Quentin Tarantino

    zdjęcia: Robert Richardson

    montaż: Fred Raskin

    scenografia: J. Michael Riva

    kostiumy: Sharen Davis, Dana Kay Hart, Elaine Ramires

    produkcja: Reginald Hudlin, Pilar Savone, Stacey Sher

    obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Kerry Washington, Samuel L. Jackson, Walton Goggins, Dennis Christopher, James Remar, David Steen, Dana Michelle Gourrier, Nichole Galicia, Laura Cayouette, Ato Essandoh, Sammi Rotibi, Clay Donahue Fontenot, Escalante Lundy, Miriam F. Glover, Don Johnson, Franco Nero, Quentin Tarantino

    rok produkcji: 2012

    kraj: USA

    czas: 165 min.

  • ||

    Recenzja w 7 zdaniach: Namiętność

    NAMIĘTNOŚĆ BRIANA DE PLAMY, TO FILM TRUDNY W JEDNOZNACZNEJ OCENIE; można przypuszczać, że zastosowane rozwiązania formalne zostały celowo zamierzone przez reżysera i są formą pastiszu i autocytatu – jednak tej pewności nie ma. Isabelle James (Noomi Rapace) pracuje w międzynarodowej agencji reklamy, z siedzibą w Niemczech, która właśnie zdobywa uznanie dzięki oryginalnej kampanii nowego modelu telefonu. Jej szefowa, Christine Stanford (Rachel McAdams), to karierowiczka o bezpruderyjnych i niecodziennych upodobaniach seksualnych, mimo pozornej przyjacielskości nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć cel i zdyskredytować swoją podwładną. Pierwsza połowa filmu przypomina kiepską telenowelę, z wydumanymi problemami, ckliwą muzyką, banalną scenografią i sztywnym aktorstwem – w tym ostatnim prym wiedzie McAdams, której kreacja zimnej i wyrachowanej femme fatale jest zwyczajnie żenującą i daleko jej do utrwalonego kinowego wzorca takiego typu postaci. Od drugiej połowy, gdzie pojawia się wątek kryminalny, film łapie oddech stając się wyśmienitym widowiskiem, skrzącym się od świetnych pomysłów realizacyjnych i pełnym autoironicznych odwołań do wcześniejszych dokonań twórcy Człowieka z blizną i Świadka mimo woli – nie zabrakło nawet charakterystycznego split screenu. Biorąc pod uwagę osobę twórcy, trudno przypuszczać aby ten dualizm nie był zamierzony, jednakże końcowy efekt jest taki, iż widz może odnieść wrażenie, że reżyser po pierwszej połowie filmu znudził się obraną – nietypową dla niego stylistyką – i postanowił powrócić do mięsistej fabuły i sprawdzonych chwytów. Tylko dzięki tej decyzji seans, zwłaszcza w ostatnich partiach, nie jest czasem straconym i przynosi jako taką satysfakcję.

    tytuł: NAMIĘTNOŚĆ

    tytuł oryginału: Passion

    reżyseria: Brian De Palma

    scenariusz: Brian De Palma, Natalie Carter

    zdjęcia: José Luis Alcaine

    muzyka: Pino Donaggio

    montaż: François Gédigier

    scenografia: Cornelia Ott

    kostiumy: Karen Muller Serreau

    produkcja: Said Ben Said

    obsada: Rachel McAdams, Noomi Rapace, Karoline Herfurth, Paul Anderson, Dominic Raacke, Rainer Bock, Benjamin Sadler, Michael Rotschopf, Max Urlacher, Jörg Pintsch, Trystan Pütter, Patrick Heyn, Carlo Castro, Melissa Holroyd, Ian T. Dickinson

    rok produkcji: 2012

    kraj: Niemcy, Francja

    czas: 102 min.

  • |

    Recenzja: Superbohaterowie, jak żywi

    „MARVELS” – Kurt Busiek, Alex Ross

    MARVELS

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałby świat, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę? Jaka byłaby reakcja społeczeństwa na ich działania? Taki właśnie obraz świata ukazuje legendarne już dzieło Busieka i Rossa „Marvels”. Poczynania herosów obserwujemy tutaj z punktu widzenia zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy zaludniając ulice Nowego Jorku są bezpośrednimi świadkami przełomowych wydarzeń z Universum Marvela. Opowieść zaczyna się w czasie II Wojny Światowej, kiedy to powszechny strach przed nazistami łagodzi pojawienie się po stronie aliantów potężnego sprzymierzeńca – superżołnierza Kapitana Ameryki. Phil Sheldon to zaczynający swoją karierę fotoreporter. Jego oczami obserwujemy wydarzenia i frustracje społeczne. Sheldon początkowo sam nie wie, czy pojawienie się istot o prawie boskich mocach jest dla świata błogosławieństwem, czy też może największym zagrożeniem. Supermocami dysponują przecież także kryminaliści i szaleńcy, a ich rozgrywki z zamaskowanymi obrońcami sprawiedliwości, w których ludzie są tylko statystami, często – oprócz bezpośredniego zagrożenia życia – doprowadzają do potężnej dewastacji miasta. Fantastic Four, Avengers, Spider-Man i inne sztandarowe postacie budzą skrajne emocje – od strachu i paniki, do wdzięczności i nadziei. Obserwujemy takie przełomowe wydarzenia jak m. in.: atak Namora, walka Fantastic Four z Galactusem, wybuch nienawiści rasowej w związku z pojawieniem się na świecie mutantów, śmierć Gwen Stacy z rąk Green Goblina. Akcja komiksu kończy się współcześnie. Phil Sheldon jest już człowiekiem w podeszłym wieku, właśnie wydał książkę ze swoimi zdjęciami superherosów o tytule „Marvels”. I to właśnie fascynacja „cudownymi” jest motorem napędowym jego całego życia.

    Realistyczne i oryginalne ujęcie tematu bohaterów z nadludzkimi zdolnościami, zamaskowanych mścicieli, pogromców zbrodni, stanowi o wyjątkowości tego komiksu. Czytelnik czuję się jakby został wrzucony w fantastyczny świat tworzony przez lata, dzięki talentom takich twórców jak Stan Lee czy Jack Kirby. Obiektyw aparatu głównego bohatera staje się lustrem, w którym możemy podpatrzeć nasze prawdopodobne reakcje, gdyby przyszło nam żyć w takim właśnie świecie. Miejscu pełnym cudów i nieprawdopodobnych zdarzeń, gdzie ubrani w kolorowe trykoty mężczyźni i kobiety toczą nieustanne starcia w imię ideałów zarówno tych szczytnych jak i najniższych.

    Świetny scenariusz Kurta Busieka zyskał fenomenalną oprawę graficzną. Dwudziestoparoletni wówczas grafik, Alex Ross, swoimi fotorealistycznymi kadrami potęguje jeszcze wrażenie uczestnictwa w realnych wydarzeniach. Ta historia rysowana inną kreską nie byłaby tak sugestywna. Tam gdzie trzeba jest rozmach, epickość i dynamizm, jak również spokój i refleksja. Wszystko to stworzone z niezwykłą dbałością i szczegóły, świetnie skadrowane i okraszone doskonałą kolorystyką. Prawdziwa uczta dla oczu. Gdyby superbohaterowi istnieli w rzeczywistości, to trudno ich wyobrazić sobie inaczej.

    tytuł: MARVELS

    tytuł oryginału: Marvels

    scenariusz: Kurt Busiek

    rysunek: Alex Ross

    wydawca: Mucha Comics

    wydawca oryginału: Marvel Comics

    data wydania: 2009

    data wydania oryginału: 1994

    stron: 216

    oprawa: twarda

  • |

    Recenzja: Trudno uwierzyć

    „NIEBO ISTNIEJE… NAPRAWDĘ” – Randall Wallace

    Randall Wallace, to zasłużony scenarzysta wielu świetnych filmów, takich jak chociażby Waleczne serce Mela Gibsona i reżyser, może nie wybitnych acz przyzwoitych Człowiek w żelaznej masce i Byliśmy żołnierzami. Trudno, zatem uwierzyć, że spod rąk doświadczonego twórcy wyszedł film, o którym naprawdę ciężko jest powiedzieć coś dobrego. Ekranizacja bestsellerowej książki, opartej na faktycznej historii doświadczenia życia po życiu, jest tak infantylna i przesiąknięta płytką, odpustową retoryką, że jej miejsce – miast na ekranach kinowych – winno znaleźć się w niskich lotów, telewizyjnym kanale religijnym. Mało tego – przypuścić można, iż co bardziej rozgarnięci i nieradykalni w poglądach chrześcijanie, też nie będą w stanie zaakceptować przedstawionej wizji Nieba, tak jak kłopot z tym mają niektóre z drugoplanowych osób filmowego dramatu. Szkoda, że możliwość nieszablonowego spojrzenia na kwestię przeżyć pośmiertnych (choć w tym przypadku śmierci nie stwierdzono) tonie w sentymentalizmie i religijnym bełkocie. Trudno rozstrzygnąć, jaki był target obrazu, czy miał przekonać wątpiących, umocnić wiarę już wierzących, trafić do serc prostych ludzi czy też w tonie familijnej opowiastki zjednać nowych wyznawców. Niestety, raczej żadna z wymienionych grup nie odnajdzie satysfakcji.

    To zwyczajnie zły film, źle napisany, zrealizowany i fatalnie zagrany. Fabuła jest prosta, liniowa i nie oferuje żadnych zwrotów a nielicznie pojawiające się tajemnice są przewidywalne i nie wnoszą nic specjalnego do opowiadanej historii. Borykający się z problemami finansowymi, prowincjonalny pastor – Todd Burpo (późniejszy współautor wspomnianego bestsellera) – wiedzie życie pełne płomiennych, choć intelektualnie uproszczonych kazań, weekendowej gry w softball i rutyny codzienności. Żonę ma piękną i uduchowioną, jej głównym zajęciem jest wychowywanie dwójki dzieci i śpiewanie (o ile można tak nazwać to, co słyszymy z ust aktorki) wzniosłych pieśni na cześć Pana. Idylla prostego życia trwa przez pierwsze 30 min. filmu, po czym następuję mała tragedia. Kilkuletni synek, Colton, dostaje zapalenia wyrostka, a brak odpowiednio wczesnej diagnozy doprowadza do zagrożenia życia. Ląduje na sali operacyjnej, a rodzice czekają na rezultat zabiegu w szpitalnej poczekalni. Pastora nachodzi kryzys wiary i wdaję się w krótką sprzeczkę ze Stwórcą. Ten, jakby przestraszony, postanawia udowodnić swe istnienie i gwarantuje demiurgiczną mocą sukces zabiegu i bezproblemowy powrót chłopca do zdrowia. Oczywiście cała wspólnota, jednomyślnie wspiera pastora w gorliwej modlitwie, bo jak wiadomo – wiara czyni cuda. Mijają kolejne dni, wszystko zdawałoby się toczyć po staremu – trawka zieleni się na polach, chmurki malowniczo suną po niebie. Jednakże ozdrowione dziecko zaczyna opowiadać historię, jakoby podczas swojej krótkiej fizycznej niemocy odbyło duchową podróż do Nieba, gdzie spotkało Jezusa (i jego konia) słuchało anielskich pieśni i beztrosko obcowało z innymi Niebianami. Oczywiście opowieści chłopca można by złożyć na karb dziecięcej rozbuchanej i podsyconej niedawną traumą fantazji, gdyby nie pewne szczegóły. Mianowicie Colton wie o wydarzeniach, których nie mógł być świadkiem i mówi, że spotkał dawno temu zmarłe osoby. No i jak tu mu nie wierzyć…? Religijny ojciec swe wątpliwości rozwiewa podczas jednej wizyty u sceptycznej psycholog i zaczyna traktować syna jak kogoś, kto dotknął niedostępnego innym absolutu. Do czego ta cała historia zmierza? Ni mniej, ni więcej tylko do wzniosłego kazania wygłoszonego przez pastora przed szerokim audytorium wspartym przedstawicielami mediów. Ot i wszystko, żyli sobie długo i szczęśliwie.

    To dosyć szczegółowe przedstawienie wydarzeń miało unaocznić jak prosta jest konstrukcja filmu. Naprawdę nic ponadto, co napisałem w powyższym akapicie i co widnieje choćby w materiałach promocyjnych dystrybutora, film Wallace’a nie oferuje. Brakuje głębszego nakreślenia psychologicznego kontekstu przeżyć chłopca. Bardziej naukowego podejścia do postrzegania pozazmysłowego. Miast spróbować racjonalnie wytłumaczyć doznane wizje Nieba, bohaterowie praktycznie od razu zakładają najmniej prawdopodobne wyjaśnienie. Wbrew zasadzie zwanej brzytwą Ockhama, gdzie najprostsze rozwiązanie jest tym poprawnym, na siłę próbują podczepić religijne spojrzenie tam, gdzie wystarczyłoby trochę świeckiej psychologii. Sama wizja, oparta na wizualnych schematach zaświatów, pełnych obłoczków i świetlistych anielskich bytów, pozwala wysnuć wniosek, iż zadziałała tutaj bujna wyobraźnia małego dziecka i jego tradycjonalistyczne religijne wychowanie. Bo jeśli kraina po drugiej stronie życia jest taka, jaką przedstawiają filmowcy – jak z nie przymierzając licheńskiej pocztówki – to jej istnienie staje się naprawdę mało prawdopodobne, bez względu na wiarę czy niewiarę widza. Przyjmijmy, na użytek tej recenzji, że Niebo istnieje… naprawdę i zasłużone byty pośmiertnie znajdą tam szczęście, nagrodę i ukojenie. Spotkają Stwórcę, ponownie zjednoczą się z przodkami, by w aurze ostatecznej wszechwiedzy i zrozumienia wejść na wyższy, nieznany i niedostępny żyjącym poziom egzystencji. Można przyjąć takie założenie, choć ciężkie do empirycznego udowodnienia, podparte religią wydaję się być jedną z dostępnych możliwości. Jednakże nie wydaje mi się, by taki absolut miał scenografie rodem z Domowego przedszkola, nawet, jeśli podglądamy go oczami kilkulatka. Trudno uwierzyć…

    tytuł: NIEBO ISTNIEJE… NAPRAWDĘ

    tytuł oryginału: Heaven Is for Real

    reżyseria: Randall Wallace

    scenariusz: Chris Parker, Randall Wallace

    zdjęcia: Dean Semler

    muzyka: Nick Glennie-Smith

    montaż: John Wright

    scenografia: Arvinder Grewal

    kostiumy: Michael T. Boyd

    produkcja: T.D. Jakes, Joe Roth

    obsada: Greg Kinnear, Kelly Reilly, Connor Corum, Margo Martindale, Thomas Haden Church, Jon Ted Wynne, Jacob Vargas, Danso Gordon, Lane Styles, Darren Felbel, Darcy Fehr, Cruise Brown, Mike Mohrhardt, Amber Lynn Partridge, Candace Smith, Nancy Sorel

    rok produkcji: 2014

    kraj: USA

    czas: 100 min.

  • |

    Recenzja: Pustynna planeta

    „KRONIKI DIUNY 1: DIUNA” – Frank Herbert

    KRONIKI DIUNY 1: DIUNA – Frank Herbert

    Wyobraźmy sobie planetę pokrytą w całości piaskami pustyni, gdzie każda kropla wody jest na wagę złota. Człowiek w takim klimacie ma bardzo ciężkie życie. Skazany na nieustanną walkę o przetrwanie musi wykształcić w sobie odruchy niewyobrażalne dla ludzi, którzy nigdy, w takim stopniu, nie zostali pozbawieni życiodajnego płynu. Takimi właśnie ludźmi są mieszkańcy Arrakis, koczownicy zwący siebie Fremenami. Przez stulecia wypracowali rygorystyczny kodeks oszczędzania wilgoci, stworzyli technologie pozwalającą pozyskiwać wodę ze wszystkiego co jest pod ręką. Ich odzienie – filtraki – to podręczna maszyneria do odzyskiwania wilgoci wydalanej przez ciało, w pocie, oddechu, odchodach. Gromadzona w specjalnych kieszeniach łownych może być od razu pita, dzięki zamontowanym rurkom. Fremeńscy zmarli, oraz polegli wrogowie, automatycznie zostają przerobieni na wodę. Ich wilgoć należy się plemieniu. Trudy życia na Arrakis uczyniły z mieszkańców pustyni niedościgłych wojowników, którym w walce nie potrafi sprostać żadna siła we wszechświecie.

    Diuna, bo tak potocznie nazywa się tę planetę, jest niezwykle istotna pod względem gospodarczym. Tylko tutaj występuje melanż, przyprawa o narkotycznych właściwościach, wydłużająca życie i umożliwiająca między innymi ponadwymiarowe podróże kosmiczne. Ród, który panuje na Arrakis zyskując kontrolę nad wydobyciem jest niezwykle potężny, a jego zdanie i interesy liczą się w całym Imperium. Powstawanie przyprawy związane jest bezpośrednio z cyklem życiowym ogromnych czerwi – zamieszkujących pustynię, siejących strach lewiatanów. Istoty te niczym ogromne robaki żyją pod piaskiem i niszczą wszystko co wydaje odgłosy inne od naturalnych dźwięków pustyni. Wydobycie melanżu wiąże się z nieustannym zagrożeniem z ich strony. Fremeni zwą czerwia Stworzycielem, Szej-huludem. Jest dla nich pierwotną siłą natury, niemal bóstwem i czymś jeszcze bardziej praktycznym.

    Akcja powieści zaczyna się na Kaladanie. Nastoletni Paul, następca księcia Leto Atrydy, zostaje poddany próbie Gom Dżabbar przez Matkę Wielebną Bene Gesserit Gaius Helenę Mohiam. Ta bolesna próba ma zaświadczyć o jego człowieczeństwie, a tak naprawdę jest testem powodzenia wielopokoleniowego eugenicznego planu zakonu. Istnieje możliwość, że dziecko jest wyczekiwanym Kwisatz Haderach – męskim Bene Gesserit. Z rozkazu Imperatora Szaddama IV Atrydzi otrzymują Diunę jako lenno w miejsce swoich odwiecznych wrogów Harkonnenów. Książę Leto wraz z konkubiną Lady Jassiką – matką Paula – czarownicą Bene Gesserit, synem i dworem przeprowadzają się do Arrakin, stolicy pustynnej planety. Zmiana władzy jest podstępnym sposobem na zniszczenie rodu Atrydów. Spisek uknuty przez Barona Vladimira Harkonnena z tajnym udziałem samego Imperatora wkrótce zbierze swe żniwo. W ataku Harkonnenów wspieranych przez imperialnych Sardaukarów, Atrydzi ponoszą klęskę. W wyniku wewnętrznej zdrady książę Leto ginie. Brzemienna Lady Jessika i Paul uciekają na pustynię. Trafiają w ręce Fremenów pod przywództwem charyzmatycznego Stilgara. Koczownicze plemię uważa, że chłopak jest oczekiwanym od pokoleń mesjaszem, mającym poprowadzić ich ku świetlanej przyszłości, wyzwolić spod jarzma Harkonnenów i zmienić oblicze planety. Ludzie pustyni marzą o Arrakis, jako miejscu gdzie wody jest pod dostatkiem. Proces terraformingu już się w sekrecie rozpoczął. Paul przyjmuje imię Muad’Dib i powoli staje się mężczyzną. Dawne proroctwa zaczynają się ziszczać.

    Frank Herbert stworzył dzieło totalne. Świat, o którym czytamy, został wykreowany w najdrobniejszych szczegółach. Obserwujemy pełną intryg politycznych batalię mogącą zmienić zarówno życie bohaterów, jak i całego wszechświata. Pełno tutaj religijnych odniesień: do chrześcijaństwa, islamu i innych wierzeń. Pisarz ubiera ponadczasowy i interkulturalny mit o mesjaszu w kostium space opery i powieści fantazy. Ogrom przedstawionego świata poraża, a to przecież dopiero początek sagi. Mistrzowska klasyka, która wyznaczyła trendy w fantastyce i nigdy się nie zestarzeje.

    Kilka słów pochwały należy się również wydawnictwu Rebis, za wzorową, kolekcjonerską edycję. Twarda, obita płótnem okładka ze złoconym emblematem, plus elegancka obwoluta ozdobiona świetną grafiką Wojciecha Siudmaka, daje posmak obcowania z wielkim dziełem, którym niewątpliwie jest powieść Herberta. Ilustracje Siudmaka znajdują się również w środku książki. Doskonałe, porażające rozmachem ołówkowe szkice artysty ogląda się z prawdziwą satysfakcją i podziwem dla jego kunsztu. Owych ilustracji chciałoby się zaznać jeszcze więcej. W tekście ze świecą szukać wpadek edytorskich, literówek, złego łamania itp., co bardzo dobrze świadczy o podejściu edytora do czytelnika. Genialna proza zyskała godną siebie oprawę.

    tytuł: KRONIKI DIUNY 1: DIUNA

    tytuł oryginału: Dune

    autor: Frank Herbert

    wydawnictwo: Rebis

    Poznań 2007

    stron: 672

    oprawa: twarda z obwolutą

    ISBN 978-83-7301-723-8

  • |

    Recenzja: Nowe spojrzenie na mrocznego bohatera

    „ALL-STAR BATMAN I ROBIN: CUDOWNY CHŁOPIEC” – Frank Miller, Jim Lee

    ALL-STAR BATMAN I ROBIN: CUDOWNY CHŁOPIEC

    Dwie legendy współczesnego komiksu jednoczą siły dając nowemu pokoleniu czytelników historię będącą podwaliną Universum DC. Opowieść o Mrocznym Rycerzu z Gotham i jego małoletnim wychowanku zyskuje nowe, zaskakująco świeże oblicze. Scenarzysta – Frank Miller – twórczo przetwarza znane wszystkim motywy, odwołując się jednocześnie do swoich największych dokonań, a rysownik – Jim Lee – nadaje im imponującą i na wskroś nowoczesną formę graficzną.

    Batman w tym komiksie jest prawdziwym psychopatą, to mroczny wojownik, którego dusza pełna jest pasji i szaleństwa. Ze śmiechem na ustach rzuca się do bezpardonowej walki z szumowinami zapełniającymi obskurne ulice metropolii. Miasto wrze od brutalnych łotrów i sprzedajnych funkcjonariuszy policji, a heros, w swej walce nie przebiera w środkach. Swoimi śmiałymi akcjami wzbudza powszechny strach. Działalność Batmana odbija się także szerokim echem w świecie innych superbohaterów. Superman, Green Lantern, Wonder Woman i Plastic Man (przyszła The Justice League) uważają, że jego szaleńcze metody niszczą ich – i tak nienajlepszy – pijar w społeczeństwie. Będą próbowali coś z tym zrobić, ale ponadprzeciętna inteligencja i spryt obrońcy Gotham City pozwala mu zawsze kontrolować sytuację. Niezłomna postawa Batmana, jego dziki magnetyzm i seksapil rodzi także naśladowców. Na ulicach pojawia się sfrustrowana kelnerka Black Canary, oraz nastoletnia Batgirl. Jednak najważniejszymi w opowieści są wydarzenia prowadzące do genezy Robina.

    Dick Grayson, cyrkowy akrobata, jest świadkiem morderstwa swoich rodziców – sytuacja analogiczna do wydarzeń, które niegdyś ukształtowały jego przyszłego mentora. Batman natychmiast bierze osieroconego chłopaka pod swoje skrzydła. Chce mu pomóc, ale jednocześnie wykorzystać do udziału w krucjacie. Ich relacje z początku nie będą łatwe, a zachowanie Mrocznego Rycerza tylko potwierdzi jego schizofreniczną osobowość. Legendarny duet potrzebował będzie czasu, żeby się „dotrzeć”, obdarzyć przyjaźnią i zaufaniem.

    Miller rezygnuje z infantylnego sztafażu, na rzecz kontrowersji i brutalności. W tym ujęciu w świecie Batmana nie brak seksu i wulgaryzmów, a największym świrem nie jest wcale Joker. Jednakże jest to tylko wstęp, nakreślenie świata, zasugerowanie intrygi, wprowadzenie na scenę głównych graczy. Jak dalej potoczy się ta opowieść? Zobaczymy, kiedy powstanie All-Star Batman & Robin, vol. 2.

    Rysunki Jima Lee, wydawałoby się, niezbyt pasują do przygód mrocznego bohatera. Jednak nie mamy tutaj do czynienia z mitycznym herosem działającym w gotyckich dekoracjach. To troszkę „inna bajka”. Czy lepsza? Czy gorsza? Tak naprawdę nie jest to istotne. Bohater stworzony 70 lat temu przez Boba Kane’a i Billa Fingera jest na tyle nośny, że sprawdza się w różnych stylistykach. Koncept zaproponowany przez duet Miller/Lee jest na tyle oryginalny, że spokojnie broni się na tle setek genialnych opowieści o tym herosie powstałych na przestrzeni lat.

    tytuł: ALL-STAR BATMAN I ROBIN: CUDOWNY CHŁOPIEC

    tytuł oryginału: All-Star Batman & Robin: The Boy Wonder, vol. 1

    scenariusz: Frank Miller

    rysunek: Jim Lee

    tusz: Scott Williams

    kolory: Alex Sinclair

    wydawca: Egmont Polska

    wydawca oryginału: DC Comics

    data wydania: 2009

    data wydania oryginału: 2005-2008

    stron: 240

    oprawa: twarda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *