Recenzja w 7 zdaniach: 47 roninów
LEGENDA O 47 RONINACH, KTÓRZY WBREW WOLI SHOGUNA WYWARLI KRWAWĄ ZEMSTĘ na podstępnym daimyō odpowiedzialnym za śmierć ich pana, i za to musieli dokonać rytualnego seppuku, jest niezwykle popularna w Japonii, a sami roninowie stali się narodowymi bohaterami i wzorem samurajskiego kodeksu bushidō. Film ubarwia quasi-historyczną opowieść o elementy fantasy, czerpane wprost z bogatej mitologii Kraju Kwitnącej Wiśni. Kolejnym odstępstwem od kanonicznej opowieści jest postać Kaia (Keanu Reeves), mieszańca wychowanego pośród demonów Tengu, który mimo odrzucenia z klasowej społeczności, zakochuje się z wzajemnością w pięknej córce zdradzonego daimyō. Obraz debiutującego w pełnym metrażu, Carla Rinscha nosi charakterystyczne cechy baśniowej przypowieści, pełnej fantastycznych krajobrazów i walki pozytywnych bohaterów z złymi, wspieranymi przez nieczyste moce, czarnymi charakterami. Natomiast historia Kaia, to trawestacja popularnego amerykańskiego motywu: od zera do bohatera. Realizacja i strona aktorska stoją na wysokim (choć nie mistrzowskim) poziomie, co pozwala zagłębić się w przedstawioną rzeczywistość i śledzić z zaciekawieniem losy postaci, choć mimo pozytywnych odczuć, film nie wyróżnia się niczym niezwykłym na tle innych zbliżonych stylistycznie i tematycznie produkcji. Jest zwyczajnie solidną porcją, dobrze zrealizowanego kina rozrywkowego, które ogląda się bez zgrzytów, a egzotyczny koloryt kraju samurajów może być miłą odmianą na tle innych blockbusterów.





















