|

Recenzja: Portret sowieckich żołnierzy z gadem w tle

„ŻMIJA” – Andrzej Sapkowski

ŻMIJA – Andrzej Sapkowski

Afganistan, czasy zbrojnej interwencji ZSRR. Mający polskie korzenie praporszczyk (chorąży) Paweł Lewart, toczy żołnierski żywot w pustynnym, wrogim kraju, wspierany przez towarzyszy i swoje ponadprzeciętne zdolności. Lewart, to nie tylko wytrawny i doświadczony w bojach pies wojny, ale także człowiek posiadający nadprzyrodzone dary. Dzięki paranormalnemu szóstemu zmysłowi potrafi wyczuwać nadchodzące niebezpieczeństwo. Ta zdolność pozwala mu i jego kompanom cało wychodzić z najtrudniejszych opresji. Zdolność skrywana, zdolność, której się obawia, przez którą w dzieciństwie trafił do szpitala psychiatrycznego. Sowieckie władze krzywym okiem patrzą na jakiekolwiek przejawy postrzegania pozazmysłowego. Jednak właśnie te zdolności są błogosławieństwem w miejscu takim, jak Afganistan. A może, również przekleństwem…

Powrót Andrzeja Sapkowskiego po trzyletniej przerwie. Mistrz polskiej fantasy tym razem w nieco innych klimatach. Cieniutka objętościowo powieść to próba zmiany emploi. Nie znajdziemy tutaj świata typowego dla fantasy. Klimat żołnierskiej opowieści, z koszarowym żargonem i mnóstwem militarnych technikaliów miesza się z mitologicznymi odniesieniami i fantasmagorycznymi wizjami. Brak herosów, magii i miecza, za to rzeczywistość nie tak odległa czasowo, bardziej teraźniejsza, bliższa realiom. Autor „Wiedźmina” dokonał mistrzowskiego researchu, strona techniczna książki robi niesamowite wrażenie. Język zastosowany przez pisarza pozwala dogłębnie wczuć się w opisywane wydarzenia. Czytelnik ma przed oczami wizerunek sowieckich żołnierzy, ich rozmowy, specyficzne słownictwo, uzbrojenie. AS to doskonały gawędziarz.

Czym jednak jest tytułowa żmija? Lewart zostaje przydzielony do nowego oddziału i nowej placówki (zastawy). Pomiędzy kolejnymi walkami z mudżahedinami eksploruje okoliczny teren. Natyka się na wąwóz, w którym jego uwagę przykuwa żmija o złotym kolorze. Gad fascynuje żołnierza, stając się powoli jego obsesją. Kontakt z niezwykłym okazem wywiera na niego dziwny wpływ. Coraz więcej czasu spędza w wąwozie, gdzie zaczynają nawiedzać go wizje, w których jest jednym z żołnierzy Aleksandra Macedońskiego oraz członkiem brytyjskiej armii, którzy – tak jak teraz Sowieci – okupowali Afganistan. Czy złota żmija jest wcieleniem szatana, demonem, czy starożytną boginią, spragnioną kochanka-wojownika? Czy kontakt z nią przyniesie radzieckiemu żołnierzowi zgubę, czy ocalenie…

Element fantastyczny, choć niezwykle istotny w powieści, nie jest jednak najważniejszy. Więcej miejsca Sapkowski poświęca codziennemu życiu żołnierzy – ludzi spaczonych wojną, zdolnych do największych okrucieństw. Portret sowieckich żołnierzy doświadczonych bojową traumą i stłamszonych komunistyczną propagandą i taką też wizją świata. Zabij, albo zostaniesz zabity, mniejsza o moralne konsekwencje i rozterki sumienia. W miejscu gdzie kule świszczą wokół głowy, kończyny urywane są przez miny, których spodziewać można się wszędzie, a za każdą skałą może czaić się wróg nie ma miejsca na sentymenty. Złota żmija staje się swoistą alegorią, jakiejś pradawnej bogini wojny, nemezis, która jak się wydaje nie mogłaby znaleźć sobie lepszego miejsca na siedzibę, niż targany nieustannymi konfliktami Afganistan. Jej jad może zarówno być śmiertelny, jak i stać się lekarstwem.

Patrząc na obecną sytuację Afganistanu, żmija jeszcze długo nie będzie mogła narzekać na brak kochanków.

Wydanie książki to już niestety inna para kaloszy. O ile stylizowany na arabską czcionkę logotyp robi wrażenie, a ilustracja na okładce też może się podobać i raczej dobrze oddaje treść powieści, to kwestia składu tekstu woła o pomstę do nieba. Minimalny margines dolny i strasznie dobrany kerning czcionki pachnie totalną amatorszczyzną i brakiem znajomości podstawowych zasad DTP. Wskutek czego tekst bywa często rozstrzelony i psuje się komfort czytania, że o wrażeniach estetycznych juz nie wspomnę. A wszystko to dobija jeszcze szary papier o malutkiej gramaturze, który może się kojarzyć ze średniej jakości toaletowym.

tytuł: ŻMIJA

autor: Andrzej Sapkowski

wydawnictwo: superNOWA

Warszawa 2009

stron: 240

oprawa: broszurowa

ISBN 978-83-7578-021-5

Podobne wpisy

  • |

    Recenzja: Wystrzałowa, meksykańska bielizna

    „MACZETA ZABIJA” – Robert Rodriguez

     Maczeta zabija - plakat

    Oceniając dzieło filmowe należy w pierwszej kolejności brać pod uwagę gatunek i konwencję w jakiej powstało. Środki realizacyjne i scenariuszowe, które sprawdzą się w bezkompromisowym kinie akcji, nie będą z reguły pasować do wysublimowanego dramatu psychologicznego bądź opowieści obyczajowej. Trudno jest zatem patrzeć poważnie na teksty recenzentów, próbujących w czysto rozrywkowych produkcjach: horrorach, przygotówkach, akcyjniakach czy typowych letnich blockbusterach, odnajdywać głębię refleksji i aktorskich kreacji na miarę filmów Bergmana tudzież Antonioniego, i ogromny ich zawód, iż tych elementów nie udało się tam zawrzeć. Kino od początku swego istnienia miało służyć głównie rozrywce widza. Ta jarmarczna w swej proweniencji sztuka dopiero z czasem zaczęła podejmować bardziej ważkie tematy. Tylko nieliczni krytycy zajmujący się pisaniem o filmie potrafią to dostrzec. Właśnie oni oraz nieprofesjonalni odbiory wychowani na popkulturze, będą bawić się doskonale na filmowej propozycji Roberta Rodrigueza.

    Geneza tytułowej postaci to przykład czystego postmodernizmu. Rodriguez, kręcąc w 2007 roku wraz z Quentinem Tarantino grindhouse’owy dyptyk, jako przerywnika użył trailerów nieistniejących filmów. W jednym z nich pojawił się właśnie meksykański badass – Machete. Również w serii filmów o Małych Agentach, Machete był wujkiem dziecięcych bohaterów. W 2010 roku zadebiutował w pełnometrażowej kinowej produkcji, a towarzyszyły ma takie gwiazdy jak: Don Johnson, Jessica Alba, Lindsay Lohan, Steven Seagal i sam Robert De Niro. Tytułową rolę ponownie dostał charakterystyczny Danny Trejo, były kryminalista, narkoman i bokser. Filmowy Machete Cortez, to kwintesencja twardziela: małomówny, skory do bitki, niestroniący od ekstremalnej przemocy. Meksykański terminator, którego kule się nie imają a upór i niemożliwe wręcz zbiegi okoliczności pozwalają wychodzić cało z najgorszych opresji. Na skutek spisku musi stawić czoła bezwzględnym kartelom narkotykowym i ludziom na samym szczycie władzy. Z pomocą, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, przychodzą mu olśniewające urodą i sprawnością bojową kobiety. Ulubioną bronią protagonisty jest oczywiście maczeta, którą bezceremonialnie szlachtuje oponentów, a odcinane kończyny i wyprute wnętrzności malowniczo fruwają w powietrzu. Postać jest kuriozalnie wręcz przerysowana, tak samo zresztą jak wydarzenia, w których bierze udział. Reżyser bezustannie puszcza oko do widza, bawiąc się konwencją krwawego kina akcji klasy C.

    Po sukcesie pierwszego filmu przyszedł czas na ciąg dalszy. Tym razem, po nieudanym starciu z handlarzami bronią, Machete zostaje wezwany przez prezydenta USA (w tej roli Charlie Sheen, występujący pod swoim prawdziwym nazwiskiem jako Carlos Estevez), który powierza mu misję specjalną. W Meksyku ma zlikwidować Szalonego Mendeza (Demian Bichir), kryminalistę przygotowującego rakietowy atak na Waszyngton. Na miejscu sytuacja jednak znacznie się komplikuje i już nie tylko stolica Stanów Zjednoczonych jest zagrożona, ale wręcz cały świat. Machete, by zażegnać kryzys, musi dotrzeć do producenta broni Luthera Voza (Mel Gibson). W pogoń za agentem rusza płatny morderca, mistrz kamuflażu, znany jako Kameleon (Cuba Gooding, Jr., Antonio Banderas oraz Lady Gaga) i burdelmama Desdemona (Sofía Vergara) dysponująca wystrzałową (dosłownie) bielizną. Za wsparcie bohaterowi służą: Miss San Antonio (Amber Heard) i stara znajoma Luz (Michelle Rodriguez). Intryga, niczym z klasycznych przygód Jamesa Bonda, pędzi na złamanie karku, absurd godzi absurd, a wszystko to w pastiszowej tonacji przyprawionej ostrym, niczym tabasco, sosem autoironi, groteski i rubasznej, krwawej zabawy. Widz bawi się przednio, ekpa realizacyjna i aktorzy takoż. Wszyscy czekamy zatem na zapowiedzianą w trailerze przed seansem (taki powrót do źródeł) kolejną odsłonę przygód meksykańskiego zakapiora, która tym razem będzie się rozgrywać w kosmosie. Maczeta zabije ponownie!

    tytuł: MACZETA ZABIJA
    tytuł oryginału: Machete Kills
    reżyseria: Robert Rodriguez
    scenariusz: Kyle Ward
    muzyka: Robert Rodriguez, Carl Thiel
    zdjęcia: Robert Rodriguez
    montaż: Rebecca Rodriguez, Robert Rodriguez
    scenografia: Steve Joyner
    kostiumy: Nina Proctor
    produkcja: Sergei Bespalov, Aaron Kaufman, Iliana Nikolic, Alexander Rodnyansky, Robert Rodriguez, Rick Schwartz
    obsada: Danny Trejo, Michelle Rodriguez, Mel Gibson, Charlie Sheen, Jessica Alba, Cuba Gooding, Jr., William Sadler, Lady Gaga, Antonio Banderas, Amber Heard, Alexa Vega, Vanessa Hudgens, Sofía Vergara, Demian Bichir, Electra Avellan, Tom Savini, Elle LaMont
    rok produkcji: 2013
    kraj: USA, Rosja
    czas: 107 min.

  • |

    Recenzja: Przyśnił mi się film

    „INCEPCJA” – Christopher Nolan

    Incepcja - plakat

    Sen jest swoistego rodzaju zagadką, a marzenia senne zawsze stanowiły kanwę wielorakich interpretacji i psychologicznych analiz. Nocne wizje odpoczywającego umysłu to prawdziwie wewnętrzny świat człowieka, skonstruowany według najbardziej szalonych praw fizyki. Odrębne uniwersum będące prywatnym światem każdego z nas, światem gdzie tylko my możemy egzystować i dokąd nie ma wstępu nikt inny, nawet gdybyśmy tego zapragnęli. Umysł buduje nowe konstrukcje z istniejących rzeczywiście elementów: wydarzeń, miejsc, osób. Czasem wykreowany przez neurony świat jest realnym odwzorowaniem tego istniejącego na jawie, a innym razem jego całkowitą metamorfozą, czymś niepojętym, całkowicie fantastycznym i surrealistycznym. Jak dziwnym by nie było miejsce, które w czasie snu eksplorujemy, jest ono dla nas – w tym stanie – realne. Jak zatem odróżnić sen od rzeczywistości, czy w ogóle jest to możliwe?

    Christopher Nolan swoim filmem potwierdza, że jest jednym z najciekawszych obecnie twórców kina popularnego. Oryginalna fabuła, będąca wyzwaniem intelektualnym dla widza i nieszablonowe rozwiązania formalne stanowią o nowej jakości oglądanego widowiska, które pozostając wyśmienitą rozrywką nie unika poważniejszych filozoficznych zagadnień. Wyjściowy koncept jest dość prosty. Wyobraźmy sobie świat, w którym opracowano technologie (przy czym twórcy nie zagłębiają się w jej naukowe przedstawienie) pozwalającą dostać się do snu człowieka i aktywnie w nim uczestniczyć, a nawet – od podstaw go kreować. Bez zbędnych wstępów widz zostaje rzucony w filmową rzeczywistość, gdzie specjalista od takich właśnie wypraw, Dom Cobb (Leonardo DiCaprio), wykonuje kolejne zadanie. Gra toczy się o ogromne pieniądze dla zleceniodawcy i szansę na nowe życie dla bohatera. Sprytnie opracowany plan, ma pozwolić Cobbowi i jego zespołowi dokonać rzeczy, która jeszcze nikomu się nie udała – poprzez manipulowanie marzeniami sennymi Roberta Fischera (Cillian Murphy), mają skłonić go do decyzji korzystnej dla korporacji, która ich wynajęła. Jednak to nie sensacyjna intryga, niepozbawiona dramatyzmu i spektakularności, jest tutaj najważniejsza. To tylko powierzchnia, przykrywka. Prawdziwym dnem opowieści jest stan psychiczny bohatera i jego walka z tragicznymi wspomnieniami oraz niepewność rzeczywistości.

    Reżyser poprzez subtelne szczegóły przedstawionego świat podsuwa odbiorcy pewne tropy sugerujące, że widowisko które oglądamy nie jest do końca tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Sposób realizacji pozwala widzowi od razu wniknąć w opowieść i gnać do przodu wraz z rozwijającą się fabułą. Bez wstępów i widocznych podziałów narracyjnych. Tak jakbyśmy nagle zasnęli i poddali się fali obrazów wykreowanych przez naszego wewnętrznego demiurga. Specyficzna maniera aktorska obsady, scenografia i efekty wizualne pozwalają na zawieszenie niewiary, ale jednocześnie delikatnie sugerują, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Wyrobiony kinoman może domyślić się pewnych rozwiązań, które twórcy zaserwują podczas seansu, co jednak nie psuję pozytywnego wrażenia. Nolan niewątpliwie miał dokładnie przemyślany koncept historii, jednak jej interpretacja zależy tylko i wyłącznie od widza. Doświadczony reżyser unika prostych, nachalnie podanych rozwiązań. Bo czy możemy być w stu procentach pewni, że przedmiot – totem – mający zapewnić sennym podróżnikom kontakt ze światem jawy, też nie został wyśniony? A może tak naprawdę Christopher Nolan nigdy nie nakręcił „Incepcji”? Wy też nie byliście (nie będziecie) na nim w kinie i wcale teraz nie czytacie tej recenzji…

    tytuł: INCEPCJA
    tytuł oryginału: Inception
    reżyseria i scenariusz: Christopher Nolan
    zdjęcia: Wally Pfister
    montaż: Lee Smith
    muzyka: Hans Zimmer
    scenografia: Guy Dyas
    kostiumy: Jeffrey Kurland, Ken Crouch, Bob Morgan, Frances Sweeney
    produkcja: Christopher Nolan, Kanjiro Sakura, Yoshikuni Taki, Emma Thomas
    obsada: Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Levitt, Ellen Page, Tom Hardy, Ken Watanabe, Dileep Rao, Cillian Murphy, Tom Berenger, Marion Cotillard, Pete Postlethwaite, Michael Caine, Lukas Haas
    rok produkcji: 2010
    kraj: USA, Wielka Brytania
    czas: 148 min.

  • |

    Recenzja: Wewnętrzny strach

    „STRACENI” – Jack Ketchum

    STRACENI – Jack Ketchum

    Literatura spod znaku horroru może straszyć na różne sposoby. Czasami są to zjawiska paranormalne (wampiry, duchy, żywe trupy), innym razem groza emanuje z bezkompromisowego przedstawienia brutalnych mordów, wynaturzonych psychopatów, potworów w ludzkiej skórze, spływających ze strony książki hektolitrów krwi. Gatunek ten miewa skłonności do przesady. Bywa, że element fantastyczny dominuje nad „horrorowym” tak silnie, iż ten drugi praktycznie zanika pod naporem nieprawdopodobieństwa. Bo czy jesteśmy w stanie porządnie wystraszyć się zjawiska, które każdy zdroworozsądkowo myślący czytelnik musi uznać za niemożliwe w realnym, poza powieściowym świecie? O wiele bardziej oddziałują opowieści, które mogłyby być udziałem każdego z nas. Taka naturalistyczna powieść grozy jest prawdziwie przerażająca. Nie odwołuje się do atawistycznych, czy fantastycznych lęków – budzi strach swoją zwyczajnością.

    Taką właśnie historię serwuje w „Straconych” Jack Ketchum. Już w prologu jesteśmy świadkami jak, wydawałoby się zwykły, biwak nad jeziorem przeradza się w orgię okrucieństwa, kiedy to niejaki Ray Pay postanawia sprawdzić jakie uczucia towarzyszą człowiekowi podczas dokonywania morderstwa. Scena ta jest znamienna dla charakterystyki tej postaci. Po mocnym wstępie w dalszych rozdziałach książka zwalnia. Obserwujemy życie mieszkańców prowincjonalnej Sparty w stanie New Jersey. Nazwa to dość symboliczna. Tak jak starożytni Spartanie, ludzie tu żyjący muszą stać się niezwykle silni, aby przetrwać nadchodzące wydarzenia. Ray, któremu udało się wykpić od odpowiedzialności za bestialski mord, wiedzie życie miejscowego cwaniaczka. Pracuje w motelu rodziców, diluje narkotykami, zabawia się w towarzystwie różnych panienek. Obserwujemy jego relacje z przyjaciółmi, o ile można określić ich tym mianem. Jest mizoginiczny (swoje kochanki traktuje jak przedmioty), opętany obsesjami na punkcie swojego wyglądu i wizerunku. W jego opowieściach, sprzedawanych potencjalnym seks partnerką, pobrzmiewają skłonności do mitomanii. Nie obce są mu przemoc i wybuchy szału. Napięcie stopniowo narasta. Czytelnik jest pewien, że w finale dojść musi do tragedii. Tylko jakiej? W tle widzimy echa kontestatorskiej kultury hippisów lat 60-tych oraz szok jakim dla Ameryki było morderstwo Sharon Tate (żony Romana Polańskiego) dokonane przez bandę Charlesa Mansona.

    W tej powieści wszyscy bohaterowie w jakiś sposób są „straceni” – dla świata, dla innych, dla siebie. Zaćpana młodzież, zdeprecjonowani policjanci, umęczeni małomiasteczkową nudą i monotonią mieszkańcy Sparty – mieli kiedyś w życiu cele, idee przyświecały im wielkie, ale dopadła ich smutna rzeczywistość. Horror, który się zdarzy, może wydobyć ich z tego marazmu, albo strącić w mrok, skąd nie ma już powrotu.

    Ketchum pisze oszczędnie, minimalizując opisy, dialogi konstruuje szybkie i celne – jak strzały z dubeltówki. Powieść nie przeraża poprzez nagromadzenie elementów „gore”, choć i tych jest dość sporo i to bardzo dobrze napisanych. Rodzaj strachu, jaki autor nam serwuje, nie ma nic wspólnego ze sztampowym hollywoodzkim zagraniem, typu: potwór pod łóżkiem. Tutaj monstrum siedzi głęboko w głowie, każdego człowieka, nie tylko „głównego złego” historii. Tak jak w życiu – każdy ma wewnątrz swego demona. Staramy się go więzić, okiełznać. Jaką mamy pewność, czy kiedyś tej walki nie przegramy? Bo wydaje się, ze każdy jest trochę jak Ray Pay i właśnie to najbardziej w „Straconych” przeraża. U Ketchuma groza jest bardziej wysublimowana, głęboka, różna od chwilowego skoku ciśnienia na widok wyimaginowanej maszkary – o tej grozie, tak szybko nie zapominamy. Nie można prosto przezwyciężyć wewnętrznych lęków.

    Kilka końcowych słów należy poświęcić stronie edytorskiej powieści. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda ok. Dość ciekawa okładka, dobrze korespondująca z treścią, fajny lakier punktowy (co dziś jest już standardem), ciekawa górna paginacja. Problemy zaczynają się w momencie kiedy zabieramy się za lekturę. Fatalna czcionka użyta w tytułach rozdziałów, zupełnie nie współgrająca z resztą layoutu. Mnóstwo literówek i zwisów, fatalne łamanie tekstu. W dialogach notorycznie pauza zamieniana na dywiz. Wydaje się że tekst nie uświadczył korekty, choć w stopce redaktorskiej korektor się podpisał. Straszna amatorszczyzna psująca początkowe dobre wrażenie. Na szczęście wady te nie rzutują na odbiór książki – a ta jest po prostu bardzo dobra.

    tytuł: STRACENI

    tytuł oryginału: The Lost

    autor: Jack Ketchum

    wydawnictwo: Papierowy Księżyc

    Słupsk 2010

    stron: 372

    oprawa: broszurowa

    ISBN 978-83-61386-04-9

  • |

    Recenzja: Sztuka może zabić

    „KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE” – Hanna Szczukowska-Białys

    KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE – Hanna Szczukowska-Białys

    Bydgoszcz lat 90. ponownie staje się sceną makabrycznych zbrodni i tylko nieszablonowy śledczy, komisarz Marek Bondys, będzie w stanie poznać motywy i schwytać mordercę. Znajdowane co jakiś czas kolejne zwłoki, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Łączy je jedynie sposób, w jaki ofiary zginęły. Przypatrujemy się żmudnej pracy policji, która musi odkryć co je łączy, a to dopiero początek trudnej drogi do złapania mordercy. Czytelnik jednocześnie ma możliwość poznać poszukiwanego kryminalistę, bo akcja jest także przedstawiana z jego punktu widzenia. Ten obraz jest zatrważający, a jednocześnie na jakimś poziomie budzący współczucie. W trakcie lektury rodzą się pytania, ile można poświęcić dla sztuki czy stworzenie dzieła doskonałego, które przyniesie nieśmiertelną sławę, zwalnia z moralności.

    Męczennicy na płótnie, to kryminał z dobrze wymyślonym antagonistą, który budzi podskórny strach, że ktoś taki, niespełniony w swych marzeniach, może mieszkać blisko nas i tylko krok dzieli go od wprowadzenia swoich chorych fantazji w życie. Bardzo ciekawe jest też wplecenie w fabułę dzieł autentycznego malarza Wojciecha Weissa.

    Drugi tom powieści Hanny Szczukowskiej-Białys rozwija postaci zaprezentowane w debiutanckich Robakach w ścianie, co autorce tylko po części się udaję. O ile postać Bondysa jest konsekwentnie charakteryzowana i rozwijana, to już członkowie jego zespołu wikłają się w niepotrzebne romanse, z których tak naprawdę nic nie wynika, a powtarzanie kilkukrotnie, naiwnych dylematów uczuciowych sierżant Beaty Pachniewicz niemiłosiernie spowalnia akcję i jest zwyczajnie irytujące. To niestety nie jest jedyny zarzut. Brakuję również głębszego osadzenia powieści w Bydgoszczy, zarówno tej współczesnej bohaterom, jak i tej z okresu PRL-u, co było jedną z mocnych stron poprzedniej książki. Akcja „Męczenników na płótnie” mogłaby się dziać w dowolnym mieście, a nawet wydaję się, że lokalizacje bardziej związane ze światem artystycznym, bardziej by tutaj pasowały.

    Mimo elementów, które nie zagrały tak, jak powinny, powieść jest wciągająca i budzi w czytelniku chęć podążania za tokiem akcji. Największym jej plusem jest główny bohater, umiejący zaskarbić sobie sympatię czytelnika. W drugiej kolejności jest ciekawy pomysł na intrygę. Czekam na trzecie spotkanie z komisarzem Bondysem, mając nadzieję, że uda się poprawić zaistniałe błędy i dostaniemy do ręki mocną kryminalną opowieść, osadzoną w postindustrialnej Bydgoszczy, bo zarówno wykreowany protagonista, jak i miasto, w którym żyje, na pewno na to zasługują.

    Recenzja powstała w ramach akcji recenzenckiej Wydawnictwa SQN.

    tytuł: KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE

    autor: Hanna Szczukowska-Białys

    wydawnictwo: Sine Qua Non

    Kraków 2024

    stron: 512

    oprawa: broszurowa

    ISBN 978-83-8330-163-1

  • |

    Recenzja: Superbohaterowie, jak żywi

    „MARVELS” – Kurt Busiek, Alex Ross

    Marvels - okładka

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałby świat, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę? Jaka byłaby reakcja społeczeństwa na ich działania? Taki właśnie obraz świata ukazuje legendarne już dzieło Busieka i Rossa „Marvels”. Poczynania herosów obserwujemy tutaj z punktu widzenia zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy zaludniając ulice Nowego Jorku są bezpośrednimi świadkami przełomowych wydarzeń z Universum Marvela. Opowieść zaczyna się w czasie II Wojny Światowej, kiedy to powszechny strach przed nazistami łagodzi pojawienie się po stronie aliantów potężnego sprzymierzeńca – superżołnierza Kapitana Ameryki. Phil Sheldon to zaczynający swoją karierę fotoreporter. Jego oczami obserwujemy wydarzenia i frustracje społeczne. Sheldon początkowo sam nie wie, czy pojawienie się istot o prawie boskich mocach jest dla świata błogosławieństwem, czy też może największym zagrożeniem. Supermocami dysponują przecież także kryminaliści i szaleńcy, a ich rozgrywki z zamaskowanymi obrońcami sprawiedliwości, w których ludzie są tylko statystami, często – oprócz bezpośredniego zagrożenia życia – doprowadzają do potężnej dewastacji miasta. Fantastic Four, Avengers, Spider-Man i inne sztandarowe postacie budzą skrajne emocje – od strachu i paniki, do wdzięczności i nadziei. Obserwujemy takie przełomowe wydarzenia jak m. in.: atak Namora, walka Fantastic Four z Galactusem, wybuch nienawiści rasowej w związku z pojawieniem się na świecie mutantów, śmierć Gwen Stacy z rąk Green Goblina. Akcja komiksu kończy się współcześnie. Phil Sheldon jest już człowiekiem w podeszłym wieku, właśnie wydał książkę ze swoimi zdjęciami superherosów o tytule „Marvels”. I to właśnie fascynacja „cudownymi” jest motorem napędowym jego całego życia.

    Realistyczne i oryginalne ujęcie tematu bohaterów z nadludzkimi zdolnościami, zamaskowanych mścicieli, pogromców zbrodni, stanowi o wyjątkowości tego komiksu. Czytelnik czuję się jakby został wrzucony w fantastyczny świat tworzony przez lata, dzięki talentom takich twórców jak Stan Lee czy Jack Kirby. Obiektyw aparatu głównego bohatera staje się lustrem, w którym możemy podpatrzeć nasze prawdopodobne reakcje, gdyby przyszło nam żyć w takim właśnie świecie. Miejscu pełnym cudów i nieprawdopodobnych zdarzeń, gdzie ubrani w kolorowe trykoty mężczyźni i kobiety toczą nieustanne starcia w imię ideałów zarówno tych szczytnych jak i najniższych.

    Świetny scenariusz Kurta Busieka zyskał fenomenalną oprawę graficzną. Dwudziestoparoletni wówczas grafik, Alex Ross, swoimi fotorealistycznymi kadrami potęguje jeszcze wrażenie uczestnictwa w realnych wydarzeniach. Ta historia rysowana inną kreską nie byłaby tak sugestywna. Tam gdzie trzeba jest rozmach, epickość i dynamizm, jak również spokój i refleksja. Wszystko to stworzone z niezwykłą dbałością i szczegóły, świetnie skadrowane i okraszone doskonałą kolorystyką. Prawdziwa uczta dla oczu. Gdyby superbohaterowi istnieli w rzeczywistości, to trudno ich wyobrazić sobie inaczej.

    tytuł: MARVELS
    tytuł oryginału: Marvels
    scenariusz: Kurt Busiek
    rysunek: Alex Ross
    wydawca: Mucha Comics
    wydawca oryginału: Marvel Comics
    data wydania: 2009
    data wydania oryginału: 1994
    stron: 216
    oprawa: twarda

  • |

    Recenzja: Wędrówka pośród popiołów cywilizacji

    „DROGA” – Cormac McCarthy

    DROGA – Cormac McCarthy

    Temat postapokaliptycznego świata został już przedstawiony na multum sposobów w literaturze, kinie, komiksie, grach komputerowych. Wydawałoby się, że z tak wyeksploatowanego złoża nie da się już wydobyć żadnej nowej jakości. A jednak Cormacowi McCarthy’emu ta sztuka się udała. Nie dość, że z ogranych schematów stworzył wciągającą, wielowymiarową opowieść, to jeszcze zdobył za nią jak najbardziej zasłużony laur – Nagrodę Pulitzera.

    Sukces amerykańskiego pisarza tkwi w podejściu do tematu. Jakże oryginalnym i nieszablonowym prowadzeniu fabuły. Autor nie skupia się – jak wielu jego poprzedników – na przyczynach zagłady znanego nam świata. Czytelnik może jedynie z kontekstu domyślać się co spotkało naszą cywilizację, jaki kataklizm nastał i przez co lub kogo spowodowany. Obrazy wypalonej ziemi, przysypanych popiołem resztek ludzkości, martwej roślinności robią przejmujące wrażenie. Czy stało się tak na skutek wojny nuklearnej, jakiejś kosmicznej katastrofy, czy też innej tragedii – tego się nie dowiadujemy. Wiedza ta nie jest nam tak naprawdę potrzebna. W centrum uwagi McCarthy’ego są bowiem ludzie. Nieliczni przedstawiciele upadłego gatunku, błąkający się po pustkowiu w poszukiwaniu jedzenia i odkupienia, a czasami śmierci. Część z nich uległa zezwierzęceniu. Mordując się nawzajem i zjadając próbują jakoś przetrwać. Kanibalizm jest powszedni. Głód jest w stanie wymusić najbardziej karygodne działania. Obraz upieczonego nad ogniskiem dziecka, które przed momentem wyszło na świat z łona matki, robi wstrząsające wrażenie i chyba najbardziej definiuje okrucieństwo tego nowego świata.

    Właśnie po drogach takiego piekła, gdzie każdy napotkany człowiek może stać się śmiertelnym zagrożeniem, podróżuje bezimienny ojciec z bezimiennym kilkuletnim synem. Mężczyzna stara się ze wszystkich sił zapewnić możliwie znośną egzystencje dziecku. W zgliszczach osiedli ludzkich szuka jedzenia i czystej wody, ubrań, wszystkiego co niezbędne. Próbuje jak to tylko możliwe chronić malca przed okrucieństwami świata. Jednak – jak sam zdaje sobie z tego sprawę – jest to nierealne, a zło sięgnie swym pazurem każdego, nawet jeśli jest może ostatnią niewinną istotą na planecie.

    Niewielkich rozmiarów powieść, pisaną charakterystycznym dla autora językiem, pozbawionym wyszczególnionych partii dialogowych i o bardzo oszczędnym stylu, pochłania się błyskawicznie. Ta zamierzona prostota sprawia, że w niektórych partiach proza nabiera cech wysublimowanej poezji. Fabularnie w sumie nie dzieje się dużo. Natomiast klimat osamotnienia i rezygnacji jest ciężki, przytłaczający i wszechobecny. Pomimo tego błyszczy gdzieś na horyzoncie nikłe światełko nadziej. Może jest jeszcze szansa dla ludzkości, a główni bohaterowie nie są ostatnimi prawymi ludźmi jacy pozostali na spalonej Ziemi.

    tytuł: DROGA

    tytuł oryginału: The Road

    autor: Cormac McCarthy

    wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

    Kraków 2010

    stron: 268

    oprawa: twarda

    ISBN 978-83-08-04484-1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *