|

Recenzja: Nowe spojrzenie na mrocznego bohatera

„ALL-STAR BATMAN I ROBIN: CUDOWNY CHŁOPIEC” – Frank Miller, Jim Lee

ALL-STAR BATMAN I ROBIN: CUDOWNY CHŁOPIEC

Dwie legendy współczesnego komiksu jednoczą siły dając nowemu pokoleniu czytelników historię będącą podwaliną Universum DC. Opowieść o Mrocznym Rycerzu z Gotham i jego małoletnim wychowanku zyskuje nowe, zaskakująco świeże oblicze. Scenarzysta – Frank Miller – twórczo przetwarza znane wszystkim motywy, odwołując się jednocześnie do swoich największych dokonań, a rysownik – Jim Lee – nadaje im imponującą i na wskroś nowoczesną formę graficzną.

Batman w tym komiksie jest prawdziwym psychopatą, to mroczny wojownik, którego dusza pełna jest pasji i szaleństwa. Ze śmiechem na ustach rzuca się do bezpardonowej walki z szumowinami zapełniającymi obskurne ulice metropolii. Miasto wrze od brutalnych łotrów i sprzedajnych funkcjonariuszy policji, a heros, w swej walce nie przebiera w środkach. Swoimi śmiałymi akcjami wzbudza powszechny strach. Działalność Batmana odbija się także szerokim echem w świecie innych superbohaterów. Superman, Green Lantern, Wonder Woman i Plastic Man (przyszła The Justice League) uważają, że jego szaleńcze metody niszczą ich – i tak nienajlepszy – pijar w społeczeństwie. Będą próbowali coś z tym zrobić, ale ponadprzeciętna inteligencja i spryt obrońcy Gotham City pozwala mu zawsze kontrolować sytuację. Niezłomna postawa Batmana, jego dziki magnetyzm i seksapil rodzi także naśladowców. Na ulicach pojawia się sfrustrowana kelnerka Black Canary, oraz nastoletnia Batgirl. Jednak najważniejszymi w opowieści są wydarzenia prowadzące do genezy Robina.

Dick Grayson, cyrkowy akrobata, jest świadkiem morderstwa swoich rodziców – sytuacja analogiczna do wydarzeń, które niegdyś ukształtowały jego przyszłego mentora. Batman natychmiast bierze osieroconego chłopaka pod swoje skrzydła. Chce mu pomóc, ale jednocześnie wykorzystać do udziału w krucjacie. Ich relacje z początku nie będą łatwe, a zachowanie Mrocznego Rycerza tylko potwierdzi jego schizofreniczną osobowość. Legendarny duet potrzebował będzie czasu, żeby się „dotrzeć”, obdarzyć przyjaźnią i zaufaniem.

Miller rezygnuje z infantylnego sztafażu, na rzecz kontrowersji i brutalności. W tym ujęciu w świecie Batmana nie brak seksu i wulgaryzmów, a największym świrem nie jest wcale Joker. Jednakże jest to tylko wstęp, nakreślenie świata, zasugerowanie intrygi, wprowadzenie na scenę głównych graczy. Jak dalej potoczy się ta opowieść? Zobaczymy, kiedy powstanie All-Star Batman & Robin, vol. 2.

Rysunki Jima Lee, wydawałoby się, niezbyt pasują do przygód mrocznego bohatera. Jednak nie mamy tutaj do czynienia z mitycznym herosem działającym w gotyckich dekoracjach. To troszkę „inna bajka”. Czy lepsza? Czy gorsza? Tak naprawdę nie jest to istotne. Bohater stworzony 70 lat temu przez Boba Kane’a i Billa Fingera jest na tyle nośny, że sprawdza się w różnych stylistykach. Koncept zaproponowany przez duet Miller/Lee jest na tyle oryginalny, że spokojnie broni się na tle setek genialnych opowieści o tym herosie powstałych na przestrzeni lat.

tytuł: ALL-STAR BATMAN I ROBIN: CUDOWNY CHŁOPIEC

tytuł oryginału: All-Star Batman & Robin: The Boy Wonder, vol. 1

scenariusz: Frank Miller

rysunek: Jim Lee

tusz: Scott Williams

kolory: Alex Sinclair

wydawca: Egmont Polska

wydawca oryginału: DC Comics

data wydania: 2009

data wydania oryginału: 2005-2008

stron: 240

oprawa: twarda

Podobne wpisy

  • |

    Recenzja: Przyśnił mi się film

    „INCEPCJA” – Christopher Nolan

    Sen jest swoistego rodzaju zagadką, a marzenia senne zawsze stanowiły kanwę wielorakich interpretacji i psychologicznych analiz. Nocne wizje odpoczywającego umysłu to prawdziwie wewnętrzny świat człowieka, skonstruowany według najbardziej szalonych praw fizyki. Odrębne uniwersum będące prywatnym światem każdego z nas, światem gdzie tylko my możemy egzystować i dokąd nie ma wstępu nikt inny, nawet gdybyśmy tego zapragnęli. Umysł buduje nowe konstrukcje z istniejących rzeczywiście elementów: wydarzeń, miejsc, osób. Czasem wykreowany przez neurony świat jest realnym odwzorowaniem tego istniejącego na jawie, a innym razem jego całkowitą metamorfozą, czymś niepojętym, całkowicie fantastycznym i surrealistycznym. Jak dziwnym by nie było miejsce, które w czasie snu eksplorujemy, jest ono dla nas – w tym stanie – realne. Jak zatem odróżnić sen od rzeczywistości, czy w ogóle jest to możliwe?

    Christopher Nolan swoim filmem potwierdza, że jest jednym z najciekawszych obecnie twórców kina popularnego. Oryginalna fabuła, będąca wyzwaniem intelektualnym dla widza i nieszablonowe rozwiązania formalne stanowią o nowej jakości oglądanego widowiska, które pozostając wyśmienitą rozrywką nie unika poważniejszych filozoficznych zagadnień. Wyjściowy koncept jest dość prosty. Wyobraźmy sobie świat, w którym opracowano technologie (przy czym twórcy nie zagłębiają się w jej naukowe przedstawienie) pozwalającą dostać się do snu człowieka i aktywnie w nim uczestniczyć, a nawet – od podstaw go kreować. Bez zbędnych wstępów widz zostaje rzucony w filmową rzeczywistość, gdzie specjalista od takich właśnie wypraw, Dom Cobb (Leonardo DiCaprio), wykonuje kolejne zadanie. Gra toczy się o ogromne pieniądze dla zleceniodawcy i szansę na nowe życie dla bohatera. Sprytnie opracowany plan, ma pozwolić Cobbowi i jego zespołowi dokonać rzeczy, która jeszcze nikomu się nie udała – poprzez manipulowanie marzeniami sennymi Roberta Fischera (Cillian Murphy), mają skłonić go do decyzji korzystnej dla korporacji, która ich wynajęła. Jednak to nie sensacyjna intryga, niepozbawiona dramatyzmu i spektakularności, jest tutaj najważniejsza. To tylko powierzchnia, przykrywka. Prawdziwym dnem opowieści jest stan psychiczny bohatera i jego walka z tragicznymi wspomnieniami oraz niepewność rzeczywistości.

    Reżyser poprzez subtelne szczegóły przedstawionego świat podsuwa odbiorcy pewne tropy sugerujące, że widowisko które oglądamy nie jest do końca tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka. Sposób realizacji pozwala widzowi od razu wniknąć w opowieść i gnać do przodu wraz z rozwijającą się fabułą. Bez wstępów i widocznych podziałów narracyjnych. Tak jakbyśmy nagle zasnęli i poddali się fali obrazów wykreowanych przez naszego wewnętrznego demiurga. Specyficzna maniera aktorska obsady, scenografia i efekty wizualne pozwalają na zawieszenie niewiary, ale jednocześnie delikatnie sugerują, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Wyrobiony kinoman może domyślić się pewnych rozwiązań, które twórcy zaserwują podczas seansu, co jednak nie psuję pozytywnego wrażenia. Nolan niewątpliwie miał dokładnie przemyślany koncept historii, jednak jej interpretacja zależy tylko i wyłącznie od widza. Doświadczony reżyser unika prostych, nachalnie podanych rozwiązań. Bo czy możemy być w stu procentach pewni, że przedmiot – totem – mający zapewnić sennym podróżnikom kontakt ze światem jawy, też nie został wyśniony? A może tak naprawdę Christopher Nolan nigdy nie nakręcił „Incepcji”? Wy też nie byliście (nie będziecie) na nim w kinie i wcale teraz nie czytacie tej recenzji…

    tytuł: INCEPCJA

    tytuł oryginału: Inception

    reżyseria: Christopher Nolan

    scenariusz: Christopher Nolan

    zdjęcia: Wally Pfister

    muzyka: Hans Zimmer

    montaż: Lee Smith

    scenografia: Guy Dyas

    kostiumy: Jeffrey Kurland, Ken Crouch, Bob Morgan, Frances Sweeney

    produkcja: Christopher Nolan, Kanjiro Sakura, Yoshikuni Taki, Emma Thomas

    obsada: Leonardo DiCaprio, Joseph Gordon-Levitt, Ellen Page, Tom Hardy, Ken Watanabe, Dileep Rao, Cillian Murphy, Tom Berenger, Marion Cotillard, Pete Postlethwaite, Michael Caine, Lukas Haas

    rok produkcji: 2010

    kraj: USA, Wielka Brytania

    czas: 148 min.

  • ||

    Recenzja w 7 zdaniach: Captain America: Zimowy Żołnierz

    KOLEJNA ROZRYWKOWA PROPOZYCJA Z MARVEL STUDIO przynosi ekscytujące połączenie filmu superbohaterskiego i thrillera szpiegowskiego z zakrojoną na globalną skalę intrygą. Bohater z czasów II wojny światowej coraz lepiej odnajduje się w XXI wieku, dostrzegając jednocześnie zakłamanie na szczytach władz, wszechobecną inwigilację i poświęcenie wolności jednostki na ołtarzu narodowego bezpieczeństwa. Agencja S.H.I.E.L.D. staje przez niebezpieczeństwem, które od lat czaiło się tam, gdzie nikt by się go nie spodziewał, a teraz podnosi swój łeb, by dzięki ludobójstwu i zniszczeniom sięgnąć po władzę. Z genialnego komiksowego pierwowzoru Eda Brubakera, twórcy filmu zaczerpnęli jedynie ogólne wątki i atmosferę wszechogarniającego spisku, czyniąc z tytułowego antagonisty postać ciekawą i niejednoznaczną, która jednak swoje pełne rozwinięcie znajdzie dopiero w kolejnych filmach. Obsada aktorska stoi na bardzo dobrym poziomie, a występy postaci znanych z innych obrazów filmowego uniwersum Marvela, takich jak półkownik Nick Fury (Samuel L. Jackson) czy Black Widow (Scarlett Johansson), nie należą do rzadkości – ta dwójka gra filmie pierwsze skrzypce na równi z głównym bohaterem. Postacią z sukcesem debiutującą na ekranie jest Sam Wilson, znany jako Falcon (Anthony Mackie) – były wojskowy dysponujący technologią mechanicznych skrzydeł umożliwiającą lot i podniebne akrobacje. Wizualnie Captain America: Zimowy Żołnierz olśniewa poziomem efektów specjalnych, popisów kaskaderskich i scen pełnych spektakularnych akcji i wybuchów, które potęgowane przez technologie 3-D zapewniają pełne spektrum mocnych wrażeń.

    tytuł: CAPTAIN AMERICA: ZIMOWY ŻOŁNIERZ

    tytuł oryginału: Captain America: The Winter Soldier

    reżyseria: Anthony Russo, Joe Russo

    scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely

    zdjęcia: Trent Opaloch

    muzyka: Henry Jackman

    montaż: Jeffrey Ford

    scenografia: Peter Wenham

    kostiumy: Judianna Makovsky

    produkcja: Kevin Feige

    obsada: Chris Evans, Scarlett Johansson, Hayley Atwell, Cobie Smulders, Sebastian Stan, Dominic Cooper, Emily VanCamp, Samuel L. Jackson, Robert Redford, Anthony Mackie, Callan Mulvey, Frank Grillo, Toby Jones, Jenny Agutter, Georges St-Pierre, Garry Shandling, Alan Dale

    rok produkcji: 2014

    kraj: USA

    czas: 128 min.

  • |

    Recenzja: Portret sowieckich żołnierzy z gadem w tle

    „ŻMIJA” – Andrzej Sapkowski

    ŻMIJA – Andrzej Sapkowski

    Afganistan, czasy zbrojnej interwencji ZSRR. Mający polskie korzenie praporszczyk (chorąży) Paweł Lewart, toczy żołnierski żywot w pustynnym, wrogim kraju, wspierany przez towarzyszy i swoje ponadprzeciętne zdolności. Lewart, to nie tylko wytrawny i doświadczony w bojach pies wojny, ale także człowiek posiadający nadprzyrodzone dary. Dzięki paranormalnemu szóstemu zmysłowi potrafi wyczuwać nadchodzące niebezpieczeństwo. Ta zdolność pozwala mu i jego kompanom cało wychodzić z najtrudniejszych opresji. Zdolność skrywana, zdolność, której się obawia, przez którą w dzieciństwie trafił do szpitala psychiatrycznego. Sowieckie władze krzywym okiem patrzą na jakiekolwiek przejawy postrzegania pozazmysłowego. Jednak właśnie te zdolności są błogosławieństwem w miejscu takim, jak Afganistan. A może, również przekleństwem…

    Powrót Andrzeja Sapkowskiego po trzyletniej przerwie. Mistrz polskiej fantasy tym razem w nieco innych klimatach. Cieniutka objętościowo powieść to próba zmiany emploi. Nie znajdziemy tutaj świata typowego dla fantasy. Klimat żołnierskiej opowieści, z koszarowym żargonem i mnóstwem militarnych technikaliów miesza się z mitologicznymi odniesieniami i fantasmagorycznymi wizjami. Brak herosów, magii i miecza, za to rzeczywistość nie tak odległa czasowo, bardziej teraźniejsza, bliższa realiom. Autor „Wiedźmina” dokonał mistrzowskiego researchu, strona techniczna książki robi niesamowite wrażenie. Język zastosowany przez pisarza pozwala dogłębnie wczuć się w opisywane wydarzenia. Czytelnik ma przed oczami wizerunek sowieckich żołnierzy, ich rozmowy, specyficzne słownictwo, uzbrojenie. AS to doskonały gawędziarz.

    Czym jednak jest tytułowa żmija? Lewart zostaje przydzielony do nowego oddziału i nowej placówki (zastawy). Pomiędzy kolejnymi walkami z mudżahedinami eksploruje okoliczny teren. Natyka się na wąwóz, w którym jego uwagę przykuwa żmija o złotym kolorze. Gad fascynuje żołnierza, stając się powoli jego obsesją. Kontakt z niezwykłym okazem wywiera na niego dziwny wpływ. Coraz więcej czasu spędza w wąwozie, gdzie zaczynają nawiedzać go wizje, w których jest jednym z żołnierzy Aleksandra Macedońskiego oraz członkiem brytyjskiej armii, którzy – tak jak teraz Sowieci – okupowali Afganistan. Czy złota żmija jest wcieleniem szatana, demonem, czy starożytną boginią, spragnioną kochanka-wojownika? Czy kontakt z nią przyniesie radzieckiemu żołnierzowi zgubę, czy ocalenie…

    Element fantastyczny, choć niezwykle istotny w powieści, nie jest jednak najważniejszy. Więcej miejsca Sapkowski poświęca codziennemu życiu żołnierzy – ludzi spaczonych wojną, zdolnych do największych okrucieństw. Portret sowieckich żołnierzy doświadczonych bojową traumą i stłamszonych komunistyczną propagandą i taką też wizją świata. Zabij, albo zostaniesz zabity, mniejsza o moralne konsekwencje i rozterki sumienia. W miejscu gdzie kule świszczą wokół głowy, kończyny urywane są przez miny, których spodziewać można się wszędzie, a za każdą skałą może czaić się wróg nie ma miejsca na sentymenty. Złota żmija staje się swoistą alegorią, jakiejś pradawnej bogini wojny, nemezis, która jak się wydaje nie mogłaby znaleźć sobie lepszego miejsca na siedzibę, niż targany nieustannymi konfliktami Afganistan. Jej jad może zarówno być śmiertelny, jak i stać się lekarstwem.

    Patrząc na obecną sytuację Afganistanu, żmija jeszcze długo nie będzie mogła narzekać na brak kochanków.

    Wydanie książki to już niestety inna para kaloszy. O ile stylizowany na arabską czcionkę logotyp robi wrażenie, a ilustracja na okładce też może się podobać i raczej dobrze oddaje treść powieści, to kwestia składu tekstu woła o pomstę do nieba. Minimalny margines dolny i strasznie dobrany kerning czcionki pachnie totalną amatorszczyzną i brakiem znajomości podstawowych zasad DTP. Wskutek czego tekst bywa często rozstrzelony i psuje się komfort czytania, że o wrażeniach estetycznych juz nie wspomnę. A wszystko to dobija jeszcze szary papier o malutkiej gramaturze, który może się kojarzyć ze średniej jakości toaletowym.

    tytuł: ŻMIJA

    autor: Andrzej Sapkowski

    wydawnictwo: superNOWA

    Warszawa 2009

    stron: 240

    oprawa: broszurowa

    ISBN 978-83-7578-021-5

  • |

    Recenzja: Wilkołak w gotyckiej scenerii

    „WILKOŁAK” – Joe Johnston

    Likantropia (wilczy obłęd) od wieków fascynowała i napawała grozą. Dawniej powszechnie wierzono, że niektórzy ludzie przy pełni Księżyca posiadają zdolność przemiany w wilka. Działo się tak najczęściej na skutek klątwy, lub pokąsania przez innego przeklętego. Monstrum siało śmierć i zniszczenie, niesłychanie odporne i nieczułe na rany zadawane zwykłą bronią. Tylko oręż wykonany ze srebra mógł zniszczyć bestię. Według jednej z legend – ocaleniem dla dotkniętego wilkołactwem była miłość.

    Wilkołak pojawia się w kulturze od bardzo dawna. Rozgościł się na dobre w świecie literatury i kina. Obraz Joe’a Johnstona jest remake’m filmu z 1941 roku „The Wolf Man” w reżyserii George’a Waggnera. Twórcy zrezygnowali z panującej obecnie mody na przedstawianie postaci z filmów grozy na modłę telewizyjnych seriali dla nastolatków. „Wilkołak” jest swoistym powrotem do korzeni gatunku. Otrzymujemy brutalny, mroczny film, o gęstym klimacie żywcem przeniesionym z gotyckich opowieści. Lawrence Talbot (Benicio Del Toro) święci triumfy na scenach teatralnych Stanów Zjednoczonych. Na wieść o tajemniczym zaginięciu brata powraca po latach do rodzinnej posiadłości w wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii. Okazuje się, że przybył za późno. Ciało brata odnaleziono rozszarpane przez nieznaną bestię. Lawrence wspierany przez narzeczoną ofiary (Emily Blunt) postanawia dociec, co naprawdę się stało. Próbuje także poprawić relacje z sędziwym ojcem (Anthony Hopkins), nadszarpnięte samobójczą śmiercią matki. Wkrótce sam cudem uchodzi cało z masakry, jaką monstrum urządza w obozie Cyganów. Ranny zadane przez potwora goją się nad wyraz szybko. Do rozwiązania zagadki krwawych mordów Scotland Yard wyznacza Inspektora Abberline’a (Hugo Weaving), który swego czasu prowadził sprawę grasującego po Londynie Kuby Rozpruwacza. Tymczasem zbliża się nieuchronnie kolejna pełnia Księżyca…

    Efekty specjalne, jak i cały film, nawiązują do klasycznych wzorców. Przemiana człowieka w wilka nie następuje błyskawicznie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różyczki, lecz trwa etapami, podczas których jesteśmy świadkami bolesnej i krwawej transformacji. Realizatorzy serwują nam klimatyczne widoki dziewiętnastowiecznego Londynu i efektowne, dynamiczne pościgi jego uliczkami i na szczytach dachów. Standardowa już dziś jakość komputerowych renderingów użyta jest ze smakiem i bez zbytniej, niepotrzebnej przesady. Także aktorsko film stoi na najwyższym poziomi kina rozrywkowego. Bryluje tutaj zwłaszcza Anthony Hopkins, którego gra jest na tyle sugestywna, że bez najmniejszego problemu jesteśmy w stanie uwierzyć w realność jego kreacji i grozę, którą epatuje. Również Benicio Del Toro staje na wysokości zadania. Lawrence w jego wykonaniu, to człowiek z krwi i kości, targany wewnętrznymi rozterkami i psychozami, a jednocześnie charyzmatyczny i dzielny. Wszystko to razem wzięte daje nowoczesny, klimatyczny film grozy, czerpiący garściami z klasyki kina.

    tytuł: WILKOŁAK

    tytuł oryginału: The Wolfman

    reżyseria: Joe Johnston

    scenariusz: Andrew Kevin Walker, David Self

    zdjęcia: Shelly Johnson

    muzyka: Danny Elfman

    montaż: Walter Murch, Dennis Virkler, Mark Goldblatt

    scenografia: Rick Heinrichs

    kostiumy: Milena Canonero, Allison Wyldeck

    produkcja: Sean Daniel, Benicio Del Toro, Scott Stuber, Rick Yorn

    obsada: Benicio Del Toro, Emily Blunt, Anthony Hopkins, Hugo Weaving, Geraldine Chaplin, Simon Merrells, Gemma Whelan, Cristina Contes, Art Malik, Nicholas Day, Michael Cronin

    rok produkcji: 2009

    kraj: Wielka Brytania, USA

    czas: 102 min.

  • |

    Recenzja: Sztuka może zabić

    „KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE” – Hanna Szczukowska-Białys

    KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE – Hanna Szczukowska-Białys

    Bydgoszcz lat 90. ponownie staje się sceną makabrycznych zbrodni i tylko nieszablonowy śledczy, komisarz Marek Bondys, będzie w stanie poznać motywy i schwytać mordercę. Znajdowane co jakiś czas kolejne zwłoki, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Łączy je jedynie sposób, w jaki ofiary zginęły. Przypatrujemy się żmudnej pracy policji, która musi odkryć co je łączy, a to dopiero początek trudnej drogi do złapania mordercy. Czytelnik jednocześnie ma możliwość poznać poszukiwanego kryminalistę, bo akcja jest także przedstawiana z jego punktu widzenia. Ten obraz jest zatrważający, a jednocześnie na jakimś poziomie budzący współczucie. W trakcie lektury rodzą się pytania, ile można poświęcić dla sztuki czy stworzenie dzieła doskonałego, które przyniesie nieśmiertelną sławę, zwalnia z moralności.

    Męczennicy na płótnie, to kryminał z dobrze wymyślonym antagonistą, który budzi podskórny strach, że ktoś taki, niespełniony w swych marzeniach, może mieszkać blisko nas i tylko krok dzieli go od wprowadzenia swoich chorych fantazji w życie. Bardzo ciekawe jest też wplecenie w fabułę dzieł autentycznego malarza Wojciecha Weissa.

    Drugi tom powieści Hanny Szczukowskiej-Białys rozwija postaci zaprezentowane w debiutanckich Robakach w ścianie, co autorce tylko po części się udaję. O ile postać Bondysa jest konsekwentnie charakteryzowana i rozwijana, to już członkowie jego zespołu wikłają się w niepotrzebne romanse, z których tak naprawdę nic nie wynika, a powtarzanie kilkukrotnie, naiwnych dylematów uczuciowych sierżant Beaty Pachniewicz niemiłosiernie spowalnia akcję i jest zwyczajnie irytujące. To niestety nie jest jedyny zarzut. Brakuję również głębszego osadzenia powieści w Bydgoszczy, zarówno tej współczesnej bohaterom, jak i tej z okresu PRL-u, co było jedną z mocnych stron poprzedniej książki. Akcja „Męczenników na płótnie” mogłaby się dziać w dowolnym mieście, a nawet wydaję się, że lokalizacje bardziej związane ze światem artystycznym, bardziej by tutaj pasowały.

    Mimo elementów, które nie zagrały tak, jak powinny, powieść jest wciągająca i budzi w czytelniku chęć podążania za tokiem akcji. Największym jej plusem jest główny bohater, umiejący zaskarbić sobie sympatię czytelnika. W drugiej kolejności jest ciekawy pomysł na intrygę. Czekam na trzecie spotkanie z komisarzem Bondysem, mając nadzieję, że uda się poprawić zaistniałe błędy i dostaniemy do ręki mocną kryminalną opowieść, osadzoną w postindustrialnej Bydgoszczy, bo zarówno wykreowany protagonista, jak i miasto, w którym żyje, na pewno na to zasługują.

    Recenzja powstała w ramach akcji recenzenckiej Wydawnictwa SQN.

    tytuł: KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE

    autor: Hanna Szczukowska-Białys

    wydawnictwo: Sine Qua Non

    Kraków 2024

    stron: 512

    oprawa: broszurowa

    ISBN 978-83-8330-163-1

  • |

    Recenzja: Groza dźwięku

    „SUSPIRIA” – Dario Argento

    W deszczową noc młoda amerykanka – Suzy Bannion (Jessica Harper) – przybywa z Nowego Jorku do renomowanej szkoły Baletowej w Niemczech. I już tej pierwszej nocy jest świadkiem dziwnych wydarzeń. Jedna z uczennic ginie zamordowana w bestialski sposób przez nieznanego sprawcę. Wkrótce mają miejsce kolejne niepokojące i tragiczne wydarzenia. Dziewczyna próbuje dojść ich przyczyny. Jednocześnie zmaga się z trudami nauki, codziennymi treningami, wymagającymi pedagogami i snobistycznym towarzystwem koleżanek i kolegów.

    Dario Argento to legenda włoskiego filmu grozy, sztandarowy reżyser nurtu zwanego giallo. Tym mianem określa się krwawe kryminały z domieszką horroru, popularne we Włoszech w latach 70-tych i 80-tych XX wieku. Nazwa giallo – z włoskiego żółty – pochodzi od koloru okładek tanich powieści kryminalnych, do których stylistyki filmy tego nurtu bezpośrednio nawiązują. Brutalne, pełne krwi i przemocy – nierzadko seksualnej – obrazy to swoisty pierwowzór współczesnych amerykańskich slasherów. „Suspiria” zniewala stylizowanymi zdjęciami, pełnymi mocnych, wyrazistych barw sąsiadujących bezpośrednio z pastelową paletą. Przez to nabiera charakteru bajkowego. Tak ukazany świat wydawałoby się bardziej przystaje do opowieści familijnej niż do horroru. Dzięki temu kontrastowi efekt grozy jest jeszcze silniejszy. Film będący ekranizacją powieści „Suspiria de profundis” Thomasa de Quincey’a, pełen jest różnorakich odniesień, do innych dzieł literackich, z czego najsilniej widać inspirację „Alicją w krainie czarów” Lewisa Carrolla. Bo przecież Suzy to taka inkarnacja Alicji. Normalna dziewczyna wrzucona znienacka w koszmarną, inną rzeczywistość, gdzie złe moce czyhają na niczego nieświadome ofiary.

    Osobną kwestią jest muzyka. To właśnie psychodeliczne, pełne niepokoju kompozycje w głównej mierze odpowiadają za emocję, które odczuwa widz w trakcie seansu. Zgranie ilustracji dźwiękowych z obrazem jest fenomenalne. Mistrzowskie połączenie wszystkich składowych dzieła filmowego (obrazu, dźwięku, montażu, scenografii) dało w efekcie kanoniczny już dziś spektakl grozy. Klasyk, który nigdy się nie zestarzeje.

    tytuł: SUSPIRIA

    tytuł oryginału: Suspiria

    reżyseria: Dario Argento

    scenariusz: Dario Argento, Daria Nicolodi

    zdjęcia: Luciano Tovoli

    muzyka: Dario Argento, The Goblins

    montaż: Franco Fraticelli

    scenografia: Giuseppe Bassan

    kostiumy: Pierangelo Cicoletti

    produkcja: Claudio Argento

    obsada: Jessica Harper, Stefania Casini, Flavio Bucci, Miguel Bosé, Barbara Magnolfi, Susanna Javicoli, Eva Axén, Rudolf Schündler, Udo Kier

    rok produkcji: 1977

    kraj: Włochy

    czas: 98 min.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *