|

Recenzja: Lekko, przyjemnie i pieprznie

„MISTRZ” – Katarzyna Michalak

MISTRZ – Katarzyna Michalak

Raul de Luca to gangster nad gangsterami, zabójczo przystojny i tak samo skuteczny. Każda kobieta, która stanie na jego drodze, najchętniej od razu oddałaby się mu w najbardziej perwersyjny sposób. Tak właśnie „biedny” Raul działa na płeć przeciwną. Należy pamiętać, że mimo tych niewątpliwych „zalet” to bezwzględny przestępca, handlarz bronią i narkotykami, dla którego cel uświęca środki. Nie cofnie się przed morderstwem czy porwaniem, a wszystkie te straszne czyny popełni z nienaganną fryzurą i tajemniczym uśmiechem na ustach. Właśnie finalizuje największą w historii transakcję, nad którą pracował przez dekadę i która zapewni mu niebotyczne profity, tak duże, by wycofać się z branży i wieść uczciwe życie. Jednak czy to jego prawdziwa twarz i prawdziwy cel? .

Powieść stanowi połączenie lekkiej opowieści sensacyjnej z romansem i – co może trochę dziwić – z erotykiem odrobinę bardziej śmiałym niż przeciętny pamiętnik napalonej nastolatki. Wszyscy na około „bzykają się” ze sobą, w każdej możliwej chwili i konfiguracji. Nie, z tymi konfiguracjami to trochę przesadziłem, jest raczej klasycznie. Opisy tych cielesnych zabaw bywają czasami monotonne i zbytnio się od siebie nie odróżniają. Nie jest to do końca zarzut, taką autorka przyjęła konwencję. Stara się nie przekraczać granicy przyzwoitości, choć potrafi (za rzadko niestety) być też bardziej dosadna. Jednak nie mamy tutaj do czynienia z książką pornograficzną. Zatem, jeśli ktoś nastawia się na skandalizujące, pikantne, ociekające wilgocią sceny, może być rozczarowany. To nie jest tego typu powieść. Chyba, że jest się niewinną dziewicą, jak jedna z bohaterek, wtedy można oblać się rumieńcem.

Większa część akcji toczy się na egzotycznym Cyprze, w przepięknej rezydencji VillaRosa, głównej siedzibie i bazie operacyjnej kryminalisty. Nie brakuje tam ekstrawaganckich jachtów, wyszukanych wnętrz i luksusu, w który opływa codzienna egzystencja kogoś takiego jak Raul de Luca. Obok niego na główną bohaterkę dramatu wyrasta piękna i niewinna (choć niepozbawiona kosmatych fantazji) branka z Polski, Sonia. Dziewczę znalazło się przypadkowo w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie. Uprowadzona i postrzelona przez gangsterów młoda kobieta wkrótce zaczyna wykazywać objawy syndromu sztokholmskiego – nieracjonalną sympatię, a nawet miłość, do swoich porywaczy, pomieszaną z obawą o swoje życie i chęcią ucieczki. Niczym bajkowa księżniczka zamknięta w zamkowej wieży, czeka na kochanka, który ją wyzwoli z więzienia murów VillaRosy i uwolni z objęć dziewiczej niewinności, która w świecie wyuzdania i rozwiązłości jest co nieco passé. Dużą część tekstu stanowią wewnętrzne rozważania dzierlatki, z typu tych „chciałabym, ale się boję, albo nie mogę”. Nie jest to wbrew pozorom irytujące, ale trochę wydłuża czekanie na rozwój akcji.

Parę słów należy się także tytułowi i jego interpretacji. Sprawa wydaje się oczywista. Nasz naczelny gangster to mistrz w swoim fachu, as zbrodni i przekrętu, genialny manipulator. Jest też oczywiście genialnym kochankiem, i jak już było napisane, jego uroda powoduje drżenie nóg wszystkich obecnych w okolicy kobiet. Jednak w kontekście zakończenia, tytuł nabiera też innego znaczenia, mniej jednoznacznego. Oczywiście nie mogę tegoż zakończenia zdradzić w recenzji. Głównym targetem opowieści niewątpliwie są kobiety spragnione tajemniczych kochanków, przystojnych i szarmanckich niczym książęta z bajki, ale jednocześnie brutalnych i nieprzewidywalnych. Nie od dziś wiadomo, że kobiety często czują irracjonalny pociąg do niegrzecznych chłopców. Język powieści jest prosty i przejrzysty, co pozwala na bezbolesne przyswojenie treści. Jest lekko i przyjemnie, a miejscami trochę pieprznie. Na długie i nudne zimowe wieczory lub podróż pociągiem – w sam raz!

tytuł: MISTRZ

autor: Katarzyna Michalak

wydawnictwo: Filia

Poznań 2013

stron: 312

oprawa: broszurowa

ISBN 978-83-63622-05-3

Podobne wpisy

  • |

    Recenzja: Sztuka może zabić

    „KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE” – Hanna Szczukowska-Białys

    KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE – Hanna Szczukowska-Białys

    Bydgoszcz lat 90. ponownie staje się sceną makabrycznych zbrodni i tylko nieszablonowy śledczy, komisarz Marek Bondys, będzie w stanie poznać motywy i schwytać mordercę. Znajdowane co jakiś czas kolejne zwłoki, na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Łączy je jedynie sposób, w jaki ofiary zginęły. Przypatrujemy się żmudnej pracy policji, która musi odkryć co je łączy, a to dopiero początek trudnej drogi do złapania mordercy. Czytelnik jednocześnie ma możliwość poznać poszukiwanego kryminalistę, bo akcja jest także przedstawiana z jego punktu widzenia. Ten obraz jest zatrważający, a jednocześnie na jakimś poziomie budzący współczucie. W trakcie lektury rodzą się pytania, ile można poświęcić dla sztuki czy stworzenie dzieła doskonałego, które przyniesie nieśmiertelną sławę, zwalnia z moralności.

    Męczennicy na płótnie, to kryminał z dobrze wymyślonym antagonistą, który budzi podskórny strach, że ktoś taki, niespełniony w swych marzeniach, może mieszkać blisko nas i tylko krok dzieli go od wprowadzenia swoich chorych fantazji w życie. Bardzo ciekawe jest też wplecenie w fabułę dzieł autentycznego malarza Wojciecha Weissa.

    Drugi tom powieści Hanny Szczukowskiej-Białys rozwija postaci zaprezentowane w debiutanckich Robakach w ścianie, co autorce tylko po części się udaję. O ile postać Bondysa jest konsekwentnie charakteryzowana i rozwijana, to już członkowie jego zespołu wikłają się w niepotrzebne romanse, z których tak naprawdę nic nie wynika, a powtarzanie kilkukrotnie, naiwnych dylematów uczuciowych sierżant Beaty Pachniewicz niemiłosiernie spowalnia akcję i jest zwyczajnie irytujące. To niestety nie jest jedyny zarzut. Brakuję również głębszego osadzenia powieści w Bydgoszczy, zarówno tej współczesnej bohaterom, jak i tej z okresu PRL-u, co było jedną z mocnych stron poprzedniej książki. Akcja „Męczenników na płótnie” mogłaby się dziać w dowolnym mieście, a nawet wydaję się, że lokalizacje bardziej związane ze światem artystycznym, bardziej by tutaj pasowały.

    Mimo elementów, które nie zagrały tak, jak powinny, powieść jest wciągająca i budzi w czytelniku chęć podążania za tokiem akcji. Największym jej plusem jest główny bohater, umiejący zaskarbić sobie sympatię czytelnika. W drugiej kolejności jest ciekawy pomysł na intrygę. Czekam na trzecie spotkanie z komisarzem Bondysem, mając nadzieję, że uda się poprawić zaistniałe błędy i dostaniemy do ręki mocną kryminalną opowieść, osadzoną w postindustrialnej Bydgoszczy, bo zarówno wykreowany protagonista, jak i miasto, w którym żyje, na pewno na to zasługują.

    Recenzja powstała w ramach akcji recenzenckiej Wydawnictwa SQN.

    tytuł: KOMISARZ BONDYS 2: MĘCZENNICY NA PŁÓTNIE

    autor: Hanna Szczukowska-Białys

    wydawnictwo: Sine Qua Non

    Kraków 2024

    stron: 512

    oprawa: broszurowa

    ISBN 978-83-8330-163-1

  • ||

    Recenzja w 7 zdaniach: Nurse 3D

    Nurse 3D - plakat

    SEKSOWNA PIELĘGNIARKA TO POPULARNY SEKSUALNY FETYSZ, obiekt fantazji niezliczonej rzeszy mężczyzn i częsty motyw erotycznych filmów. Thriller Douglasa Aarniokoski’ego bawi się owym schematem, okraszając erotykę solidną dawką krwistej ale jednocześnie przerysowanej i lekko groteskowej przemocy. Abby Russell (Paz de la Huerta), pielęgniarka w szpitalu All Saints, to niezwykle piękna i uwodzicielska kobieta, potrafi zawrócić w głowie każdemu mężczyźnie, co pozwala jej bezproblemowo zwabiać ofiary w morderczą pułapkę swej krwawej, sadystycznej żądzy. Kiedy trupy niewiernych mężczyzn – bo to ich bierze na cel szalona morderczyni – powoli zaściełają miasto, w szpitalu pracę zaczyna nowa pielęgniarka, Danni (Katrina Bowden), stając się obiektem zaborczej obsesji starszej koleżanki. Zaczyna się zabawa w kotka i myszkę, z której niełatwo będzie wyjść bez szwanku. Nie oszczędzono widzowi obrazów kształtnych pośladków i jędrnych biustów, jednakże na bardziej hardcorowe momenty nie ma co liczyć, przynajmniej w sferze erotyki, bo już sceny zabójstw są odpowiednio krwawe. Mimo tego film utrzymany jest w lekkiej, czasem wręcz pastiszowej stylistyce i jako taka produkcja sprawdza się całkiem nieźle.

    tytuł: NURSE 3D
    tytuł oryginału: Nurse 3D
    reżyseria: Douglas Aarniokoski
    scenariusz: Douglas Aarniokoski, David Loughery
    zdjęcia: Boris Mojsovski
    muzyka: Anton Sanko
    montaż: Andrew Coutts
    scenografia: Alicia Keywan
    kostiumy: Zaldy
    produkcja: Marc Bienstock
    obsada: Paz de la Huerta, Katrina Bowden, Kathleen Turner, Judd Nelson, Corbin Bleu, Michael Eklund, Boris Kodjoe, Niecy Nash, Martin Donovan, Melanie Scrofano, Adam Herschman, Yulia Lukin, Michael Therriault, Lauro Chartrand, Kerr Hewitt, Patrick Kwok-Choon
    rok produkcji: 2013
    kraj: USA
    czas: 84 min.

  • ||

    Recenzja w 7 zdaniach: 47 roninów

    47 roninów - plakat

    LEGENDA O 47 RONINACH, KTÓRZY WBREW WOLI SHOGUNA WYWARLI KRWAWĄ ZEMSTĘ na podstępnym daimyō odpowiedzialnym za śmierć ich pana, i za to musieli dokonać rytualnego seppuku, jest niezwykle popularna w Japonii, a sami roninowie stali się narodowymi bohaterami i wzorem samurajskiego kodeksu bushidō. Film ubarwia quasi-historyczną opowieść o elementy fantasy, czerpane wprost z bogatej mitologii Kraju Kwitnącej Wiśni. Kolejnym odstępstwem od kanonicznej opowieści jest postać Kaia (Keanu Reeves), mieszańca wychowanego pośród demonów Tengu, który mimo odrzucenia z klasowej społeczności, zakochuje się z wzajemnością w pięknej córce zdradzonego daimyō. Obraz debiutującego w pełnym metrażu, Carla Rinscha nosi charakterystyczne cechy baśniowej przypowieści, pełnej fantastycznych krajobrazów i walki pozytywnych bohaterów z złymi, wspieranymi przez nieczyste moce, czarnymi charakterami. Natomiast historia Kaia, to trawestacja popularnego amerykańskiego motywu: od zera do bohatera. Realizacja i strona aktorska stoją na wysokim (choć nie mistrzowskim) poziomie, co pozwala zagłębić się w przedstawioną rzeczywistość i śledzić z zaciekawieniem losy postaci, choć mimo pozytywnych odczuć, film nie wyróżnia się niczym niezwykłym na tle innych zbliżonych stylistycznie i tematycznie produkcji. Jest zwyczajnie solidną porcją, dobrze zrealizowanego kina rozrywkowego, które ogląda się bez zgrzytów, a egzotyczny koloryt kraju samurajów może być miłą odmianą na tle innych blockbusterów.

    tytuł: 47 RONINÓW
    tytuł oryginału: 47 Ronin
    reżyseria: Carl Rinsch
    scenariusz: Chris Morgan, Hossein Amini
    zdjęcia: John Mathieson
    muzyka: Ilan Eshkeri
    montaż: Stuart Baird
    scenografia: Jan Roelfs
    kostiumy: Penny Rose
    produkcja: Pamela Abdy, Eric McLeod, Scott Stuber
    obsada: Keanu Reeves, Hiroyuki Sanada, Ko Shibasaki, Tadanobu Asano, Min Tanaka, Jin Akanishi, Masayoshi Haneda, Hiroshi Sogabe, Takato Yonemoto, Hiroshi Yamada, Shu Nakajima, Cary-Hiroyuki Tagawa, Neil Fingleton, Rinko Kikuchi, Natsuki Kunimoto, Togo Igawa
    rok produkcji: 2013
    kraj: USA
    czas: 118 min.

  • |

    Recenzja: Superbohaterowie, jak żywi

    „MARVELS” – Kurt Busiek, Alex Ross

    MARVELS

    Czy zastanawialiście się kiedyś jak wyglądałby świat, gdyby superbohaterowie istnieli naprawdę? Jaka byłaby reakcja społeczeństwa na ich działania? Taki właśnie obraz świata ukazuje legendarne już dzieło Busieka i Rossa „Marvels”. Poczynania herosów obserwujemy tutaj z punktu widzenia zwykłych, przeciętnych ludzi, którzy zaludniając ulice Nowego Jorku są bezpośrednimi świadkami przełomowych wydarzeń z Universum Marvela. Opowieść zaczyna się w czasie II Wojny Światowej, kiedy to powszechny strach przed nazistami łagodzi pojawienie się po stronie aliantów potężnego sprzymierzeńca – superżołnierza Kapitana Ameryki. Phil Sheldon to zaczynający swoją karierę fotoreporter. Jego oczami obserwujemy wydarzenia i frustracje społeczne. Sheldon początkowo sam nie wie, czy pojawienie się istot o prawie boskich mocach jest dla świata błogosławieństwem, czy też może największym zagrożeniem. Supermocami dysponują przecież także kryminaliści i szaleńcy, a ich rozgrywki z zamaskowanymi obrońcami sprawiedliwości, w których ludzie są tylko statystami, często – oprócz bezpośredniego zagrożenia życia – doprowadzają do potężnej dewastacji miasta. Fantastic Four, Avengers, Spider-Man i inne sztandarowe postacie budzą skrajne emocje – od strachu i paniki, do wdzięczności i nadziei. Obserwujemy takie przełomowe wydarzenia jak m. in.: atak Namora, walka Fantastic Four z Galactusem, wybuch nienawiści rasowej w związku z pojawieniem się na świecie mutantów, śmierć Gwen Stacy z rąk Green Goblina. Akcja komiksu kończy się współcześnie. Phil Sheldon jest już człowiekiem w podeszłym wieku, właśnie wydał książkę ze swoimi zdjęciami superherosów o tytule „Marvels”. I to właśnie fascynacja „cudownymi” jest motorem napędowym jego całego życia.

    Realistyczne i oryginalne ujęcie tematu bohaterów z nadludzkimi zdolnościami, zamaskowanych mścicieli, pogromców zbrodni, stanowi o wyjątkowości tego komiksu. Czytelnik czuję się jakby został wrzucony w fantastyczny świat tworzony przez lata, dzięki talentom takich twórców jak Stan Lee czy Jack Kirby. Obiektyw aparatu głównego bohatera staje się lustrem, w którym możemy podpatrzeć nasze prawdopodobne reakcje, gdyby przyszło nam żyć w takim właśnie świecie. Miejscu pełnym cudów i nieprawdopodobnych zdarzeń, gdzie ubrani w kolorowe trykoty mężczyźni i kobiety toczą nieustanne starcia w imię ideałów zarówno tych szczytnych jak i najniższych.

    Świetny scenariusz Kurta Busieka zyskał fenomenalną oprawę graficzną. Dwudziestoparoletni wówczas grafik, Alex Ross, swoimi fotorealistycznymi kadrami potęguje jeszcze wrażenie uczestnictwa w realnych wydarzeniach. Ta historia rysowana inną kreską nie byłaby tak sugestywna. Tam gdzie trzeba jest rozmach, epickość i dynamizm, jak również spokój i refleksja. Wszystko to stworzone z niezwykłą dbałością i szczegóły, świetnie skadrowane i okraszone doskonałą kolorystyką. Prawdziwa uczta dla oczu. Gdyby superbohaterowi istnieli w rzeczywistości, to trudno ich wyobrazić sobie inaczej.

    tytuł: MARVELS

    tytuł oryginału: Marvels

    scenariusz: Kurt Busiek

    rysunek: Alex Ross

    wydawca: Mucha Comics

    wydawca oryginału: Marvel Comics

    data wydania: 2009

    data wydania oryginału: 1994

    stron: 216

    oprawa: twarda

  • |

    Recenzja: 'D’ is silent

    „DJANGO” – Quentin Tarantino

    Django - plakat

    Niemiecki dentysta, dr King Schultz (Christoph Waltz), porzucił swój zawód i ojczyznę, teraz przemierza Stany Zjednoczone jako bezkompromisowy łowca głów. Każdy bandyta, za którym wystawiono list gończy może być pewien, że prędzej czy później znajdzie się na jego celowniku, bez nadziei na litość. Tropiąc braci Brittle, łowca musi skorzystać z pomocy niewolnika Django, który jako jedyny jest w stanie rozpoznać poszukiwanych. Uwalnia nieszczęśnika i odtąd jako towarzysze w interesach, a z czasem i przyjaciele, razem dostarczają łotrów żywych lub martwych (najczęściej martwych) przedstawicielom prawa. Django opowiada Schultzowi o swojej żonie Broomhildzie (Kerry Washington), z którą został rozłączony. Poruszony losem wyzwoleńca Niemiec, postanawia pomóc w odnalezieniu i wyswobodzeniu kobiety. Trop wiedzie na plantację Candyland, gdzie niejaki Calvin Candie organizuje brutalne walki niewolników.

    Takiej zabawy kinem dawno nie było dane widzom doświadczyć. Quentin Tarantino po mistrzowsku żongluje motywami, gatunkami, narracjami i schematami. Reżyser, który fachu uczył się w wypożyczalni video udowadnia, że miłość do kina i popkultury to najlepsza ze szkół. To pasja takich twórców sprawia, że na sali kinowej ciągle możemy liczyć na zaskoczenie. Bierze na warsztat ograne motywy i twórczo je przetwarza, czasem trawestuje, innym razem łączy z wydawałoby się niepasującymi składnikami. Dorzucić do tego mistrzowską realizację, grę aktorską, muzykę oraz dopieszczone dialogi i mamy ekranową bombę. Od czasu „Wściekłych psów” i „Pulp Fiction” zawsze dostajemy od mistrza kuchni filmową potrawę o wykwintnym, ale i mocno przyprawionym smaku.

    Po filmie wojennym, jakim był obraz „Bękarty wojny” Tarantino bierze się za western – gatunek, którego elementy zawsze były widoczne w jego twórczości – zarówno w tradycyjnej amerykańskiej odmianie, jak i (głównie) włoskiej reinterpretacji. To właśnie do twórców tego nurtu, takich jak Sergio Leone i Sergio Corbucci, najbardziej odwołuje się „Django Unchained”. Tytułem dygresji: jakoś nie widzę sensu w pominięciu w tytule przez polskiego dystrybutora słowa unchained, co najprościej przełożyć jako wyzwoleniec. Tytuł będący zarazem imieniem głównego bohatera nawiązuje do filmu „Django” z 1966 roku w reżyserii wspominanego już wcześniej Sergio Corbucciego, gdzie w głównej roli wystąpił Franco Nero. W obrazie Tarantino aktor pojawia się w jednej ze scen pytając bohatera o jego imię. Wtedy też pada słynne już (a niebawem zapewne kultowe) ‘D’ is silent. Istnieje także pewien związek z westernem, w japońskim wykonaniu, o tytule „Sukiyaki Western Django” z 2007 roku w reżyserii Takashi’ego Miike, w którym to Tarantino wystąpił gościnnie w roli rewolwerowca Ringo. Postać Django można także traktować jako czarnoskórą wersję bezimiennego bohatera kreowanego przez Clinta Eastwooda w dolarowej trylogii Sergio Leone. Jest równie małomównym, kamiennolicym, zamkniętym w sobie mścicielem. W utworze odnajdujemy wszystkie cechy, którymi scharakteryzować można spaghetti western: niejednoznaczni bohaterowie (a właściwie raczej anty-bohaterowie), nihilizm moralny, dosłowna przemoc (którą Tarantino przeradza w swoisty krwawy balet, niczym z kina gore) oraz czarny humor. Mimo tych, wydawałoby się, ciężkich cech „Django” ma także inne oblicze. W niektórych fragmentach to przezabawna komedia – przykładem niech będzie scena konnego pościgu Ku Klux Klanu za bohaterami – w innych, film nie stroni od poważnych treści. Nie jest wtedy, w żadnym razie, jakimś zaangażowanym społecznie moralitetem, jednak mówi dość dobitnie o sytuacji niewolników w Ameryce w przededniu wojny secesyjnej. Co zastanawiające, reżyser spotkał się z zarzutami o propagowanie rasistowskich treści. Jednym z oskarżycieli był znany i ceniony afroamerykański kolega po fachu – Spike Lee. Bardzo zaskakująca to sytuacja, gdyż film w swojej wymowie potępia w każdym calu niewolnictwo i segregację rasową. Biali plantatorzy, to sadystyczne wyrachowane typy. Jednakże w obrazie nie ma klarownego podziału na dobro i zło. Czasami czarni niewolnicy bywają równie źli jak ich biali panowie. Cóż, jak to w życiu bywa.

    Obok odwołań do westernu, w filmie można też doszukać się echa starogermańskiego mitu o Siegfriedzie i Broomhildzie. Wyzwoleniec, niczym właśnie mityczny heros, znany choćby z „Pieśni o Nibelungach” – monumentalnego muzycznego dramatu Ryszarda Wagnera – próbuje ocalić księżniczkę (mówiąca biegle po niemiecku ukochana żona) z łap smoka (Candie). Jak nośna i popularna jest to opowieść, niech świadczy fakt, że mit ten jest osnową „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena.

    Christoph Waltz tworzy na ekranie kolejną wyśmienitą kreację i po raz drugi za udział w filmie Tarantino zgarnia statuetkę Oscara. Postać dr Kinga jest pełnokrwista, powalająca swoim urokiem, ale i budząca grozę brutalnością. To człowiek inteligentny i wykształcony, który nad przeciwnikami góruje nie tylko szybkością rewolweru, ale głównie sprytem i sprawnością umysłu. Django Freeman w interpretacji Jamie’ego Foxxa to tajemniczy, milczący wojownik, uczeń swego mistrza i wyzwoliciela. Ze zdobytej wolności korzysta pełną garścią, a wrogów odsyła na tamten świat pewnym naciśnięciem rewolwerowego cyngla. Leonardo DiCaprio kreując głównego przeciwnika bohaterów – zakochanego we francuskiej kulturze bufona – Calvina Candie’ego, obdarza go urokiem dandysa, spod którego skóry wyziera okrutny, niestroniący od sadyzmu potwór. Doskonale sprawdził się także ulubieniec reżysera, Samuel L. Jackson, jako usłużny niewolnik plantatora – Stephen. Grając postać na zewnątrz lizusowatego, konserwatywnego i zniedołężniałego starca, który gdy nikt nie patrzy zmienia się w demonicznego szczwanego lisa, zaburza jednoznaczną pozycję na podium głównego schwarzcharakteru. Sam Quentin Tarantino, jak to ma w zwyczaju, pojawia się w epizodycznej rólce jednego z ludzi Candie’ego.

    „Django” daje poczucie obcowania z kinem bezkompromisowym, o którym długo po seansie nie da się zapomnieć. Jest to film nakręcony niezwykle lekką i sprawna ręką, czasem z przymrużeniem oka, niekiedy na poważnie, ale głównie liczy się tutaj dobra, intertekstualna zabawa z widzem i konwencją, co najdobitniej podkreśla i niejako pointuje autoironiczny, szelmowski uśmiech bohatera w jednej z ostatnich scen. Jeden z najlepszych i najoryginalniejszych (mimo wszechobecnych cytatów i zapożyczeń) obrazów 2012 roku. Tarantino zagarnął Oscara za scenariusz – powinien otrzymać statuetkę również za reżyserię.

    tytuł: DJANGO
    tytuł oryginału: Django Unchained
    reżyseria i scenariusz: Quentin Tarantino
    zdjęcia: Robert Richardson
    montaż: Fred Raskin
    scenografia: J. Michael Riva
    kostiumy: Sharen Davis, Dana Kay Hart, Elaine Ramires
    produkcja: Reginald Hudlin, Pilar Savone, Stacey Sher
    obsada: Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Kerry Washington, Samuel L. Jackson, Walton Goggins, Dennis Christopher, James Remar, David Steen, Dana Michelle Gourrier, Nichole Galicia, Laura Cayouette, Ato Essandoh, Sammi Rotibi, Clay Donahue Fontenot, Escalante Lundy, Miriam F. Glover, Don Johnson, Franco Nero, Quentin Tarantino
    rok produkcji: 2012
    kraj: USA
    czas: 165 min.

  • |

    Recenzja: Pustynna planeta

    „KRONIKI DIUNY 1: DIUNA” – Frank Herbert

    KRONIKI DIUNY 1: DIUNA – Frank Herbert

    Wyobraźmy sobie planetę pokrytą w całości piaskami pustyni, gdzie każda kropla wody jest na wagę złota. Człowiek w takim klimacie ma bardzo ciężkie życie. Skazany na nieustanną walkę o przetrwanie musi wykształcić w sobie odruchy niewyobrażalne dla ludzi, którzy nigdy, w takim stopniu, nie zostali pozbawieni życiodajnego płynu. Takimi właśnie ludźmi są mieszkańcy Arrakis, koczownicy zwący siebie Fremenami. Przez stulecia wypracowali rygorystyczny kodeks oszczędzania wilgoci, stworzyli technologie pozwalającą pozyskiwać wodę ze wszystkiego co jest pod ręką. Ich odzienie – filtraki – to podręczna maszyneria do odzyskiwania wilgoci wydalanej przez ciało, w pocie, oddechu, odchodach. Gromadzona w specjalnych kieszeniach łownych może być od razu pita, dzięki zamontowanym rurkom. Fremeńscy zmarli, oraz polegli wrogowie, automatycznie zostają przerobieni na wodę. Ich wilgoć należy się plemieniu. Trudy życia na Arrakis uczyniły z mieszkańców pustyni niedościgłych wojowników, którym w walce nie potrafi sprostać żadna siła we wszechświecie.

    Diuna, bo tak potocznie nazywa się tę planetę, jest niezwykle istotna pod względem gospodarczym. Tylko tutaj występuje melanż, przyprawa o narkotycznych właściwościach, wydłużająca życie i umożliwiająca między innymi ponadwymiarowe podróże kosmiczne. Ród, który panuje na Arrakis zyskując kontrolę nad wydobyciem jest niezwykle potężny, a jego zdanie i interesy liczą się w całym Imperium. Powstawanie przyprawy związane jest bezpośrednio z cyklem życiowym ogromnych czerwi – zamieszkujących pustynię, siejących strach lewiatanów. Istoty te niczym ogromne robaki żyją pod piaskiem i niszczą wszystko co wydaje odgłosy inne od naturalnych dźwięków pustyni. Wydobycie melanżu wiąże się z nieustannym zagrożeniem z ich strony. Fremeni zwą czerwia Stworzycielem, Szej-huludem. Jest dla nich pierwotną siłą natury, niemal bóstwem i czymś jeszcze bardziej praktycznym.

    Akcja powieści zaczyna się na Kaladanie. Nastoletni Paul, następca księcia Leto Atrydy, zostaje poddany próbie Gom Dżabbar przez Matkę Wielebną Bene Gesserit Gaius Helenę Mohiam. Ta bolesna próba ma zaświadczyć o jego człowieczeństwie, a tak naprawdę jest testem powodzenia wielopokoleniowego eugenicznego planu zakonu. Istnieje możliwość, że dziecko jest wyczekiwanym Kwisatz Haderach – męskim Bene Gesserit. Z rozkazu Imperatora Szaddama IV Atrydzi otrzymują Diunę jako lenno w miejsce swoich odwiecznych wrogów Harkonnenów. Książę Leto wraz z konkubiną Lady Jassiką – matką Paula – czarownicą Bene Gesserit, synem i dworem przeprowadzają się do Arrakin, stolicy pustynnej planety. Zmiana władzy jest podstępnym sposobem na zniszczenie rodu Atrydów. Spisek uknuty przez Barona Vladimira Harkonnena z tajnym udziałem samego Imperatora wkrótce zbierze swe żniwo. W ataku Harkonnenów wspieranych przez imperialnych Sardaukarów, Atrydzi ponoszą klęskę. W wyniku wewnętrznej zdrady książę Leto ginie. Brzemienna Lady Jessika i Paul uciekają na pustynię. Trafiają w ręce Fremenów pod przywództwem charyzmatycznego Stilgara. Koczownicze plemię uważa, że chłopak jest oczekiwanym od pokoleń mesjaszem, mającym poprowadzić ich ku świetlanej przyszłości, wyzwolić spod jarzma Harkonnenów i zmienić oblicze planety. Ludzie pustyni marzą o Arrakis, jako miejscu gdzie wody jest pod dostatkiem. Proces terraformingu już się w sekrecie rozpoczął. Paul przyjmuje imię Muad’Dib i powoli staje się mężczyzną. Dawne proroctwa zaczynają się ziszczać.

    Frank Herbert stworzył dzieło totalne. Świat, o którym czytamy, został wykreowany w najdrobniejszych szczegółach. Obserwujemy pełną intryg politycznych batalię mogącą zmienić zarówno życie bohaterów, jak i całego wszechświata. Pełno tutaj religijnych odniesień: do chrześcijaństwa, islamu i innych wierzeń. Pisarz ubiera ponadczasowy i interkulturalny mit o mesjaszu w kostium space opery i powieści fantazy. Ogrom przedstawionego świata poraża, a to przecież dopiero początek sagi. Mistrzowska klasyka, która wyznaczyła trendy w fantastyce i nigdy się nie zestarzeje.

    Kilka słów pochwały należy się również wydawnictwu Rebis, za wzorową, kolekcjonerską edycję. Twarda, obita płótnem okładka ze złoconym emblematem, plus elegancka obwoluta ozdobiona świetną grafiką Wojciecha Siudmaka, daje posmak obcowania z wielkim dziełem, którym niewątpliwie jest powieść Herberta. Ilustracje Siudmaka znajdują się również w środku książki. Doskonałe, porażające rozmachem ołówkowe szkice artysty ogląda się z prawdziwą satysfakcją i podziwem dla jego kunsztu. Owych ilustracji chciałoby się zaznać jeszcze więcej. W tekście ze świecą szukać wpadek edytorskich, literówek, złego łamania itp., co bardzo dobrze świadczy o podejściu edytora do czytelnika. Genialna proza zyskała godną siebie oprawę.

    tytuł: KRONIKI DIUNY 1: DIUNA

    tytuł oryginału: Dune

    autor: Frank Herbert

    wydawnictwo: Rebis

    Poznań 2007

    stron: 672

    oprawa: twarda z obwolutą

    ISBN 978-83-7301-723-8

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *